Czas szybko leci, ostatnio zauważam to coraz częściej. W końcu mając chwilę, udało mi się powrócić pamięcią do wyprawy na Alaskę. Wtedy dopiero sobie uświadomiłem, że to już prawie 6 lat minęło. 6 lat, odkąd rozpocząłem tę niezwykłą przygodę wraz z rowerowymi "wariatami".
Od momentu, kiedy dowiedziałem się, że poprowadzę grupę „gotowych na wszystko”, podniecenie rosło z każdym dniem zbliżającym mnie do wyjazdu. W końcu stało się. Dzień wylotu.
Na lotnisku Okęcie w sumie odprawa była szybka. Obsługa Air Canada była bardzo pomocna. Nie licząc drobnego "repakingu" z powodu przekroczenia o 1kg masy bagażu, żadnych kłopotów. 😉
Gładkim lotem przez Atlantyk przybyliśmy do Toronto, gdzie czekała na nas przesiadka do Denver. A stamtąd już do Anchorage. Na miejscu byliśmy z opóźnieniem chyba lekko po północy. Zgodnie z oczekiwaniami, American Airlines zgubiło nasze bagaże. (chociaż jak się chwilę później okazało nie zgubiło, tylko zapomniało zapakować do samolotu) Zostaliśmy z podręcznymi.
Zostaliśmy przywitani przez kolejnego uczestnika, który już od tygodnia ‘krążył” po okolicy i nie tracąc więcej czasu na lotnisku, udaliśmy się wszyscy do hostelu. Tam krótki sen, śniadanie i w trasę na zwiedzanie Anchorage na nogach. Ja wkrótce po tym udałem się na lotnisko czatować na ewentualne bagaże, mając już kilka planów alternatywnych, jakby jednak tego dnia miały się nie znaleźć.
Alleluja! Są przybyły pierwszym lotem (a były tylko dwa tego dnia). Kartony leżały na pochylni bagażowej. Były w opłakanym stanie. Przemoczone. Niektóre miały miejsca o konsystencji pulpy.
Na ile się udało pozabezpieczałem i załatwiłem transport do hostelu. Mimo że to był obowiązek linii w związku ze zgubieniem bagażu, nie było łatwo. Bardzo oporna obsługa, jak i linia lotnicza. Po zamienieniu jeszcze kilku słów z bagażowym lotniskowym i otrzymaniu wyczerpujących informacji o praktykach tej linii wniosek z dnia pierwszego: No more American Airlines. 😊
Grunt że się udało i mogliśmy przystąpić do składania rowerów oraz pierwszego wieczornego rozruchu. Następnego dnia mieliśmy ruszyć w trasę. Wszystko zgodnie z planem 😉.
Tip dnia: No more American Airlines.
Ruszyliśmy w nasz pierwszy dzień wyprawy. Z namiotami, śpiworami, osprzętem do gotowania, zaopatrzeni w żywność liofilizowaną, która miała być podstawą żywienia w samym Parku Denali. Trochę ważyliśmy 😉 , ale nikt nie mówił, że ma być łatwo. Swoje kółka skierowaliśmy w stronę Palmer. Przez kilkanaście pierwszych kilometrów jechaliśmy przez parki i przedmieścia Anchorage, aby później wyjechać w drogę techniczną (rowerową), która ciągnęła się wzdłuż głównej trasy łączącej Anchorage i Fairbanks.
Praktycznie cały czas asfaltowa trasa, z niewielką ilością przewyższeń. Prosto i gładko. Pierwszy postój zrobiliśmy sobie na kawkę i ciasteczko 😉 w niewielkiej miejscowości Eagle River. Niby nieduże, ale kawiarnia wypasiona. Po przerwie zaopatrzeni w kalorie ruszyliśmy dalej. Trasa rowerowa na przemian to wchodziła w skrajnie jezdni, to dobiegała w las, aż dojechaliśmy do mostu, którym pokonaliśmy rozlewisko dwóch rzek Matanuska i Knik. Z jednej strony fantastyczne widoki i z drugiej strony jazda poboczem drogi (bardzo szerokie, jak na duży kraj przystało), ale jednak drogi o sporym natężeniu ruchu (jeszcze większych samochodów). Trzeba było uważać.
Na szczęście chwilę później mogliśmy zjechać w lokalne węższe dróżki, które praktycznie były całkowicie puste i zaprowadziły nas na pierwsze miejsce kampingowe. Szybkie zakupy w pobliskim (tylko ok. 5-6 km obok) Walmarcie i mogliśmy rozpalić grilla wraz z uczczeniem pierwszego dnia jazdy. A jetlag zaczynał zbierać swoje żniwo…😉 Białe noce, przesunięcia czasowe także pokazały swoje oblicze. Niektórzy z nas zaczęli śniadanie o 3 nad ranem, bo przecież jasno i wydawało się, że to już 9ta… 😉
Tip dnia: Opaska na oczy do spania na pewno ma swoje plusy.
Po pięknym wschodzie słońca z widokiem na dalekie góry i śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejne dziesiątki kilometrów drogi wśród lasów, rzek, jezior. Trasa wzdłuż głównej drogi idącej na północ Alaski. Mijaliśmy przydrożne bary, sklepy, podupadłe nieliczne skupiska „cywilizacji”. Wszystko po amerykańsku – duże. Duże samochody, duże odległości, duże pustkowia. Kolejny dzień kiedy mogliśmy zaliczyć klasycznego AMERYKAŃSKIEGO burgera. Dzień kończyliśmy na przydrożnym kampie Montana Creek, malowniczo położonym obok rzeki. Okazało się, że rzeka jest jedyną szansą na prysznic…zimny prysznic. Nikt się nie zdecydował 😉
Tip dnia: Suchy szampon ma sens.
Dzień zaczął się dżdżyście i rześko. Jakby inaczej. Po szybkich zakupach w pobliskim sklepie (raptem 10km od kampu) ruszyliśmy dalej. Od początku towarzyszyła mi myśl o kolejnym miejscu noclegowym, który był lekko nieokreślony. Wskutek drobnej nieścisłości w opisie lokalizacji planowanego noclegu, pierwotny kamp wypadał nam na 40km dnia. Zdecydowanie za wcześnie, tym bardziej że kolejnego dnia musielibyśmy nadrobić stratę. Dojechaliśmy do Trapper Creek lekko zmoczeni i zatrzymaliśmy się na lunch. Po zasięgnięciu „języka” u przemiłej właścicielki campingu powstał plan na nocleg na „podobno” nowo otwartym kampie jakieś 60km dalej. Po drodze alternatywne miejsce noclegowe – duży kamping – nad jeziorem został zamknięty z powodu plagi kornika i ryzyka zwałek drzew. Trzeba było pedałować dalej i trafić na ukryty gdzieś, „podobno” otwarty kamping. Ruszyliśmy dalej, z myślą, że ostatecznie będziemy spać na dziko. Jak przygoda to przygoda :D.
Pod koniec dnia dojechaliśmy do punktu widokowego (Denali South View), z którego mogliśmy podziwiać masyw Denali. Przepiękne rejony i widoki. Po raz kolejny doświadczyliśmy ogromu Alaski. Po odpoczynku w pobliskiej kawiarni, gdzie uraczyliśmy się domowymi wypiekami i pyszną kawą, ruszyliśmy na kamping, który znajdował się kilka kilometrów od punktu widokowego. Po całkiem fajnym kilku kilometrowym podjeździe znaleźliśmy go. Kamping był. Był nowy, funkcjonował i był samoobsługowy. Dokonaliśmy płatności w maszynie przypominającej automat na bilety komunikacji miejskiej i rozbiliśmy nasze namioty na wybranym wyznaczonym miejscu (site), z którego mieliśmy widok na Denali. Jedyny w swoim rodzaju. Na koniec dnia pojawiło się słońce. Widok Denali w pomarańczowych promieniach „nigdy nie zachodzącego” słońca zrobił nam koniec dnia.
Tip dnia: Na koniec zawsze świeci słońce.
W tym dniu mieliśmy właściwie pierwszy challenge. Do przejechania ponad 120km z bagażami, w rejonie bardzo ograniczonej dostępności cywilizacji. Zaopatrzeni w baniaki z wodą, drugim śniadaniem, obiadem w postaci liofilizowanej żywności, batonikami ruszyliśmy w trasę. Wg map powinniśmy na ok. 60 i 90km trafić na stacje benzynowe, gdzie liczyliśmy na zaopatrzenie w wodę. Ok. 30km od noclegu dojechaliśmy w rejon zaatakowanego kornikiem kampingu Byers Lake. Sąsiadował on z miejscem pamięci weteranów II wojny światowej. Pokręciliśmy się wokół tablic pamiątkowych, pomnika upamiętniającego tragiczne wydarzenia sprzed 70 lat, a później skierowaliśmy nasze kółka w kierunku północnym. Trasa była praktycznie pusta. Mijało nas bardzo mało aut. Głównie były to duże ciężarówki z podpiętymi dwiema 14m naczepami, dostarczającymi dobra na północ stanu. Dzień upływał leniwie do momentu, kiedy zapasy wody delikatnie zaczynały się kurczyć. Na 60km nie było stacji. Miejsce, w którym była zaznaczona na mapie, było zarośnięte niezłym lasem…hmm..Ok. kolejne 30km damy radę jeszcze na zapasach i batonikach. Nikt nie ryzykował gotowania z tak ograniczonymi zapasami wody i niepewnością ich szybkiego odtworzenia. 30km dalej była …nieczynna od kilku lat, zdewastowana. Wyglądała jak przerośnięte igloo i dawno nie widziała żadnego człowieka. Rozlałem do bidonów ostatni zapas wody. Zjedliśmy po ostatnim batoniku. Zmęczeni już dniem, głodni musieliśmy dotrwać do końca. Na 100km nie było po drodze nic. Żadnego domu, żadnej tzw. cywilizacji. Tylko droga. Iście amerykańskie odległości. Nie do pomyślenia w Europie 😉 Trzymała przy życiu myśl, że już za niedługo Cantwell. A tam nocleg i jedzenie…Dojechaliśmy. Prawie 130km w nogach. Kamping był. Szybko rozbiliśmy namioty. Część ekipy skupiła się na praniu i prysznicach, ja zacząłem szukać „wyszynku”. Jedyny otwarty na miejscu „bar” z jedzeniem – to foodtrack. Wszystko wokół pozamykane, piwa brak. Ale co tam. Kanapka w amerykańskim rozmiarze z szarpaną wołowiną była wybitna. Po posiłku rozpocząłem eksplorację rejonu w poszukiwaniu prawdziwego baru. Należało się wszystkim po takim dniu. Był kilka kilometrów od Cantwell przy bocznicy kolejowej. Prawdziwy Roadhouse. A za barem stara Indianka… Troszkę tam posiedzieliśmy racząc się burbonem i APA Beer. Przy okazji pomogliśmy lokalsowi w doprowadzeniu jego roweru do używalności (do tej pory woził go na pickupie), bo nie mógł poradzić sobie z napompowaniem kół. No tak, presty, których tutaj nikt chyba nigdy nie widział. Wyregulowaliśmy mu hamulce, nasmarowaliśmy łańcuch. Był przeszczęśliwy. Ponadto poznaliśmy się z właścicielką hotelobaru i spotkaliśmy dwójkę rowerzystów – jedynych spotkanych na przestrzeni 300km. Oczywiście byli to studenci z Polski :D. Wieczór się nam przedłużył…
Tip dnia: Jeżeli widzisz rowerzystę na Alasce, możesz mieć pewność, ze to Europejczyk. Jeżeli jest ubrany w kolarską odzież, na pewno jest z Polski.
Nowy dzień, nowe przygody. Tego dnia mieliśmy wjechać na teren Parku Denali. Podekscytowani po szybkim i wczesnym śniadaniu dokonaliśmy ostatnich zakupów w postaci paczek z liofilizowaną żywnością, tak na wszelki wypadek, batoników i czekolad. Następnie ruszyliśmy w kierunku wjazdu do Parku. Pogoda dopisywała. Pojawił się błękit nieba, słońce. Im bliżej parku, tym robiło się cieplej. Szeroka droga asfaltowa, ruch samochodowy jakby zamarł. Po ok. 2 godzinach jazdy trafiliśmy na przydrożną kawiarnię, ale nasze oczy przykuło coś innego. Znaczek serwisu rowerowego zaraz obok. 20m od drogi w starej sporej szopie mieścił się warsztat. Rower Sławka od razu poszedł na warsztat, gdzie została mu założona nowa szprycha, nacentrowane koło, podregulowane hamulce plus parę jeszcze rzeczy przeglądowych i to za całe…20USD. W tym czasie reszta grupy raczyła się kawą i ciasteczkami 😉Niesamowite szczęście, gdzie do najbliższej cywilizacji było ok. 300km, mogliśmy oddać rower w dobre ręce. Okazało się, że serwisant jest właścicielem pobliskiego pola kampingowego z domkami, a serwisuje rowery hobbystycznie, co by się mu nie nudziło 😊
Po sporym ciachu i kawie ruszyliśmy dalej. W niedługim czasie naszym oczom ukazała się tablica informująca o rozpoczęciu się granic Denali Parku. Radość ogromna. Ale i świadomość wyzwania. Bo kolejne kilometry będziemy pokonywać w terenie dzikim, bez żadnych punktów zaopatrzenia.
Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do sporego punktu rejestracyjnego i zarazem kampingowego. Zostaliśmy sprawdzeni, czy mamy pełne pokrycie rezerwacji na kampach pośrednich w parku oraz przeszliśmy krótką „pogadankę” na temat zachowania się na terenie parku. Mogliśmy tam wypożyczyć parę „niezbędnych” rzeczy, typu gaz na niedźwiedzie, odstraszacze na zwierzęta i inne gadżety. Oferowana była także żywność w postaci, konserw, paczkowanych suszonych zup czy innych dań tzw. turystycznych. Tanio nie było, ale my mieliśmy nasze zgromadzone wcześniej zapasy. Po krótkim odpoczynku, ruszyliśmy na nasz pierwszy parkowy odcinek trasy. Nocleg mieliśmy zaplanowany w Savage River Camp. Mieliśmy tam raptem 1-2 godziny jazdy. Sam park na początku nie pokazuje wszystkich swoich atrakcji. Jechaliśmy drogą szutrową, dobrze przygotowaną do jazdy. Mostki, rzeczki, teren mocno zalesiony. Od czasu do czasu mijał nas „oldschoolowy” parkowy autobus z głównie amerykańskimi turystami, którzy nie są przyzwyczajeni do innego sposobu podróżowania, niż wożenie autem/autobusem się w każde miejsce. Na camp dotarliśmy ok. 16stej. Mieliśmy sporo czasu na rozbicie się oraz wypoczynek. Obiadokolacyjnie uruchomiliśmy nasze kuchenki turystyczne i zaczęliśmy biesiadować. Wieczorem na camp zawitał „Rangers”, który dopilnowuje na miejscu, czy wszyscy noclegowicze zachowują się wg zasad parku. A te są bezwzględne: wszystkie rzeczy żywnościowe muszą być trzymane w specjalnych „foodlockerach”; wszystkie kosmetyki muszą być trzymane w „foodlockerach”; wszystkie rzeczy mające intensywniejszy zapach muszą być trzymane w ..no właśnie. Żadnych śmieci w namiocie i okolicy, żadnych odpadków żywnościowych itp…Wszystko po to, aby w nocy nie ściągnąć na camping dzikiej zwierzyny, której na terenie parku jest całe bogactwo. Tak więc po dokładnym uprzątnięciu obozowiska, po zakończonych długich rozmowach położyliśmy się spać. Następny dzień miał być długi…
Tip dnia: Nawet w środku „niczego” możesz znaleźć pomoc.
Wcześnie rano, po sprawdzeniu, czy nic nas nie zjadło w nocy, przyszykowaliśmy śniadanie. Po szybkim posiłku, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku Wonder Lake. Naszego kolejnego miejsca noclegowego, a zarazem najdalej wysuniętego w parku miejsca, gdzie można nocować i dojechać na dwóch kółkach. Droga początkowo prowadziła przez gęsty rozległy las. Ale po pewnym niedługim czasie okolica zaczynała jakby stepowieć. Drzewa ustąpiły miejsca niskiej roślinności, a naszym oczom zaczęły się pojawiać przeogromne, rozległe krajobrazy. To było coś niesamowitego. Jechaliśmy wzdłuż zbocza, po drugiej stronie krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Co raz, wywoływał zachwyt. Po drodze biegało dużo gryzoni, podobnych do Chip and Dale’a z bajek Disneya i tak je nazwaliśmy. Biegały stadnie, żerując, co raz w różnych miejscach. Wyglądało to prześmiesznie, kiedy całe stadko próbowało na szybko coś zjeść, a jedno z nich stało na czatach rozglądając się wokoło, czy coś groźnego nie nadlatuje, czy nie nadjeżdża. W takim przypadku następował sygnał i całe stado zmykało ze wzroku. Jeżeli zagrożenie było zbyt blisko, „wiewióry” rozkładały się na płasko na ziemi udając nieżywe. Niestety w przypadku kół parkowych busów to nie działało i wiele z nich zostawało ze śladem bieżnika na ziemi. Ale w Denali nic nie może się zmarnować. W nocy następuję całkowite „czyszczenie” takich delikwentów przez wyżej stojące w łańcuchu pokarmowym osobniki.
Trasa wiła się, co raz zjeżdżaliśmy w dół, co raz podjeżdżaliśmy. Mając na uwadze zamontowane sakwy z całym „dobytkiem”, namiotami itp., dawało to w kość. Na naszej drodze spotkaliśmy karibu, któremu specjalnie musieliśmy ustąpić miejsca, aby swobodnie i niespeszony mógł sobie spokojnie przejść. W pewnym odcinku trasy zobaczyliśmy rangersów, patrolujących odcinek dosyć intensywnie. Sprawdzili nas, czy mamy rezerwacje na campie (warunek konieczny dalszej jazdy) oraz przestrzegli przed niedźwiedziami. I rzeczywiście, kilka chwil dalej zobaczyliśmy niedźwiedzicę grizzly wraz z małymi. Była od nas oddalona od ponad 300m, ale strażnicy bacznie obserwowali ją, czy aby nie ma zamiaru się zbliżyć do drogi. Później z prowadzonych wieczornych pogadanek ze strażnikami, którzy wizytowali kampingi dowiedziałem się, że taki „miś” ma swoje pole komfortu, które sięga min. 250m. I każde naruszenie tej odległości może powodować u niego agresję. Mają rozmach. A z ponad 20km są w stanie wyczuć ich ulubione kwiatki, na których uwielbiają żerować. To daje do myślenia i zasady przechowywania różnych „zapachowych” rzeczy na kampingach mają jednak znaczenie. Po fotkach z oddalonym miśkiem, ruszyliśmy dalej. Dzień zaczynał się nieco dłużyć. Kilometry powoli wpadały, a zmęczenie zaczynało rosnąć. Po krótkich przerwach, w których mogliśmy napełnić bidony (a nie było ich za wiele i dobrze, że strumienie i rzeki nie są tam rzadkością), ruszaliśmy dalej. Powoli zaczynał nadchodzić wieczór. Ten umowny, bo przecież były tam białe noce 😉 Ale po 115km trasa dawała się we znaki, a każdy kolejny podjazd budził lekką nerwowość. W końcu ok. 22 dotarliśmy na kamping przy Wonder Lake. Mogliśmy rozbić namioty i odpocząć. Oczywiście do spania było daleko, bo jak można było spać, kiedy na wyciągnięcie ręki miało się przed sobą masyw górski wraz z najwyższym szczytem Ameryki Północnej – do niedawna McKinley, a od 2015 - Denali). W ośnieżonych szczytach odbijało się żółtopomarańczowe światło słońca. Aj, cudownie. Spać poszliśmy grubo po północy.
Tip dnia: Jeźdź za dnia, w nocy się chowaj. Nie zbliżaj się do niedźwiedzi. Jak już spotkasz, nie odwracaj się plecami. 😉
Ten dzień był zaplanowany jako wolny od jazdy. Taki dzień resetu przydał się. Spędziliśmy go na leniuchowaniu i spacerach po terenie kampingu i bliskich okolicach i walce z niewyobrażalną ilością komarów. Niektórzy noclegowicze z innych krajów, głównie Azji, byli przygotowani w stroje, siatki na głowy itp. Nam pozostała niezawodna Mugga. Dawała radę, komary nie gryzły, ale ich latająca ilość, siadająca na wszystkim, chodząca po skórze szukając miejsca, gdzie się nie dosmarowałem irytowała.
A poza tym biegające wiewióry, króliki i inne „zające” ożywiały teren, nad którym cały czas unosił się widok Denali. Stał majestatycznie i tylko zmieniał kolory w zależności od zmieniających się kolorowych promieni słońca.
Tip dnia: Komary są wszędzie. Przedmiot dnia: Mugga.
Dzień w którym zaczął się nasz powrót. Musieliśmy powtórzyć drogę, którą przyjechaliśmy. Ale nie było to wbrew pozorom nudne. Widoki były skrajnie inne, doświadczenia z jazdy także. Niesamowita trasa. Ten odcinek inaczej mieliśmy podzielony jeśli chodzi o noclegi i na szczęście nie był, aż tak długi. Raptem 80km. W rozsądnych godzinach trafiliśmy do Teklanika River Camp, gdzie mogliśmy się rozbić i przespać. Następny dzień miał być już ostatnim na siodełku.
Tip dnia: Ta sama droga może Ci ukazać dwa różne oblicza.
Na camping Riley Creek, który był położony w sąsiedztwie punktu rejestracyjnego Parku Denali trafiliśmy dosyć szybko. Odcinek liczył może z 40-50km. Trasę pokonywaliśmy niespiesznie, ciesząc oczy ostatnimi kilometrami parku. Spotykaliśmy także coraz więcej ludzi na drodze. Budziliśmy niemałe zdziwienie. Nie dość, że widzą nas na rowerach, to jak dowiadywali się, że właśnie pokonaliśmy ponad 700km z sakwami – gratulowali, pukali się w czoło z uśmiechem. No, nie jest to naród rowerowy. Przynajmniej w tej części, z którą się spotkaliśmy 😉
W Riley Creek zostaliśmy cały następny dzień.
Tip dnia: Bycie rowerzystą jest nobilitujące.
Ten dzień poświęciliśmy na zwiedzanie okolic – oczywiście na rowerze. Trafiliśmy do pobliskiego miasteczka, gdzie mogliśmy zakupić ostatnie pamiątki. Odwiedziliśmy lokalny bar, gdzie zjedliśmy tradycyjną amerykańsko-włoską pizzę. Pogadaliśmy z lokalsami, a w nagrodę dostaliśmy, w zasadzie (Sławek dostał) koszulkę firmową. Barman zmierzył go wzrokiem, może uśredniał rozmiar i rzucił koszulką. Podobno był to rozmiar XL, ale ten amerykański. Myślę, że oprócz Sławka, cała grupa mogła się w niej razem zmieścić 😉
Wieczorem pakowanie i przystosowanie bagaży do transportu pociągiem, który następnego dnia był kolejną atrakcją – Denali Star.
Tip dnia: amerykańska XLka jest 10 razy większa od europejskiej.
Ranek zszedł nam na pakowaniu namiotów, ostatnich bagaży. Po śniadaniu poszliśmy odebrać bilety kolejowe (wcześniej rezerwowane). Do odebrania były potrzebne paszporty (jak na lotnisku 😉 ). Okazało się, że jedna z uczestniczek nie potrafiła znaleźć paszportu. Nie pozostało nic innego, jak wypakowanie się do „zera” i szukanie. Niestety dalej się nie odnalazł. Udało mi się jakoś ten bilet odebrać, ale nie rozwiązywało to sprawy paszportu. W końcu następnego dnia mieliśmy wylot do kraju. Po godzinie szukania pozostał tylko telefon do konsulatu. Sprawie został nadany tok, ale paszport zastępczy miał się pojawić dopiero za 3 dni. Justa będzie musiała zostać w Anchorage i czekać. Nastroje były minorowe. Wsiedliśmy do pociągu Denali Star. Był duży. W ogóle wszystko z USA jest, to musi być duże. Są ogromne samochody (jak na standardy europejskie), są duzi ludzie (choć zaczynamy ich szybko gonić), są „site’y” (czyli przypisane miejsca pod namiot), na którym możesz postawić 1 namiot, a pomieściłby całą wycieczkę, są pociągi, których wagony są znacznie większe niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Siedliśmy w wagonie restauracyjnym. Szklane dachy, ogrom miejsca. Udało nam się pewnym fortelem (znaczy zostaliśmy zaproszeni przez obsługę) dostać do specjalnego wagonu z tarasem widokowym. Wrażenia bezcenne. Podróż upływała w pogodnych nastrojach. Justa co chwilę wisząc na telefonie, w zależności od zasięgu konsultowała ostatnie sprawy z konsulatem. Mniej więcej w połowie drogi, w najmniej oczekiwanym momencie, w najmniej oczekiwanym miejscu znalazł się paszport. Alleluja. Ale trzeba było odkręcić sprawę w konsulacie. Skończyło się na tym, że konsul zapowiedział się z wizytą, bo jak to stwierdził - coś mu tu nie pasuje 😉
Do Anchorage dotarliśmy z opóźnieniem, dodatkowo prawie godzinę czekaliśmy na bagaże – rowery. Wiecie, jak na lotnisku i w samolocie. Ruszyliśmy na ostatni kilometr naszej trasy, w kierunku hostelu. Gdy zbliżaliśmy się do celu, przy hostelu zauważyłem zaparkowanego Mercedesa i stojącego przy nim starszego już Pana w eleganckim garniturze. Po zbliżeniu się przywitał nas po polsku i przedstawił. Tak właśnie poznaliśmy polskiego honorowego konsula na Alasce. Z bagażnika wyciągnął 8pak piwa i razem siedliśmy w przy hostelowym ogrodzie. Ależ to było spotkanie, jakie opowieści. Cóż za barwna postać. Powiem tak, historia tego człowieka, to gotowy materiał na film.
Spotkanie skończyliśmy chyba o 3 rano. Starając się w międzyczasie pakować rowery. W międzyczasie, znaczy chwilę przed północą, przed samym zamknięciem Walmartu udało się zorganizować kartony i folię stretch, aby móc te nasze rowery popakować. Gdyż z niektórych pudeł niewiele zostało, pamiętając ich stan po przylocie.
Grunt, że wszystko pod kontrolą. Jak zawsze. A przygoda, zawsze jest wpisana w takie wyjazdy. 😊
Tip dnia: Szukaj a znajdziesz. Nawet w beznadziejnej sytuacji.
O 8 rano przyjechały zamówione taksówki, którymi udaliśmy się na lotnisko. Ale nie mogło być prosto…😉
Tip dnia: Nie kupuj na lotnisku noża do rytualnego uboju fok.