Dostosuj preferencje dotyczące zgody
Używamy plików cookie, aby pomóc użytkownikom w sprawnej nawigacji i wykonywaniu określonych funkcji. Szczegółowe informacje na temat wszystkich plików cookie odpowiadających poszczególnym kategoriom zgody znajdują się poniżej. Pliki cookie sklasyfikowane jako „niezbędne” są przechowywane w przeglądarce użytkownika, ponieważ są niezbędne do włączenia podstawowych funkcji witryny. Korzystamy również z plików cookie innych firm, które pomagają nam analizować sposób korzystania ze strony przez użytkowników, a także przechowywać preferencje użytkownika oraz dostarczać mu istotnych dla niego treści i reklam. Tego typu pliki cookie będą przechowywane w przeglądarce tylko za uprzednią zgodą użytkownika. Można włączyć lub wyłączyć niektóre lub wszystkie te pliki cookie, ale wyłączenie niektórych z nich może wpłynąć na jakość przeglądania.
Niezbędny
Niezbędne pliki cookie mają kluczowe znaczenie dla podstawowych funkcji witryny i witryna nie będzie działać w zamierzony sposób bez nich. Te pliki cookie nie przechowują żadnych danych umożliwiających identyfikację osoby.
Funkcjonalny
Funkcjonalne pliki cookie pomagają wykonywać pewne funkcje, takie jak udostępnianie zawartości witryny na platformach mediów społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcje stron trzecich.
Analityka
Analityczne pliki cookie służą do zrozumienia, w jaki sposób użytkownicy wchodzą w interakcję z witryną. Te pliki cookie pomagają dostarczać informacje o metrykach liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Występ
Wydajnościowe pliki cookie służą do zrozumienia i analizy kluczowych wskaźników wydajności witryny, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia użytkownika dla odwiedzających.
Reklama
Reklamowe pliki cookie służą do dostarczania użytkownikom spersonalizowanych reklam w oparciu o strony, które odwiedzili wcześniej, oraz do analizowania skuteczności kampanii reklamowej.

Prolog

Za nami pierwsza edycja naszej rowerowej ekspedycji przez Alaskę. Przez ponad dwa tygodnie przemierzaliśmy z sakwami dzikie drogi największego stanu USA – od zatoki Księcia Williama, przez przełęcz Thompsona i szutry Denali Highway, aż po sam Park Narodowy Denali. Poniżej pełna relacja, epizod po epizodzie – tak jak działa się na trasie.

Alaska 2026 w skrócie

  • Termin: 5–22 lipca 2026
  • Trasa: Anchorage → Whittier → Valdez → Thompson Pass → Copper Center → Denali Highway → Park Denali → Anchorage
  • Na rowerach: ponad 800 km z sakwami, bez wsparcia samochodu
  • Transfery: pociąg do Whittier, prom przez Zatokę Księcia Williama, powrotny pociąg Denali Star
  • Noclegi: głównie campingi, namioty
  • Fauna na trasie: niedźwiedzie, karibu, orki, wieloryby, foki, orzeł bielik i bóbr

Epizod 1: Anchorage

Ekipa alaskańska po „nastu” godzinach lotów i kilku przesiadkach wylądowała w Anchorage. Obyło się bez strat, a przy podróży z rowerami to już można uznać za pierwszy sukces wyprawy. 😄

Po dość krótkiej nocy, lekkim jet lagu i śniadaniu zabraliśmy się za składanie rowerów. W największym mieście Alaski mieliśmy do spędzenia całe dwa dni, oczywiście w dużej mierze przeznaczone na rowerowe eksplorowanie okolicy. Tamtejsze „parki” to dla nas raczej lasy — z gęstą siecią rowerowo-spacerowych ścieżek, które dały sporo frajdy na rozgrzewkę. Żeby nie było wątpliwości, że jesteśmy na Alasce, ostrzeżenia przed niedźwiedziami stoją właściwie w każdym większym zakątku zieleni. 🐻

Samo Anchorage, ze swoją niską zabudową, sprawia wrażenie wiecznych przedmieść czegoś większego. A przecież to właśnie tutaj mieszka około 40% populacji całej Alaski.

Poza rozgrzewką na dwóch kółkach mieliśmy też kilka obowiązkowych punktów do odhaczenia. Sklepy turystyczno-myśliwskie: gazy na misie, kartusze gazowe do kuchenek, repelenty, liofilizowana żywność i wszystko to, co sprawia, że człowiek zaczyna czuć, że wycieczka powoli robi się poważna. No i oczywiście słynny Walmart: kilometry folii stretch i taśmy klejącej, żeby zabezpieczyć „szybkie” pakowanie rowerów w drodze powrotnej. 😉

Kolejnym etapem będzie podróż do Valdez. I dopiero stamtąd tak naprawdę zacznie się nasza rowerowa przygoda przez Alaskę. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 2: Anchorage – Valdez

Po dwóch dniach w Anchorage nasze kółka skierowaliśmy w stronę… dworca kolejowego. 🚆 Czekał już na nas poranny pociąg Glacier. To właściwie jedyna sensowna droga, żeby dostać się do Whittier, skąd mieliśmy prom do Valdez.

Samo Whittier jest oddzielone od reszty świata pasmem gór i prowadzi do niego tylko jeden tunel. I to nie byle jaki: około 7 kilometrów długości, ruch wahadłowy, na zmianę samochody i pociągi. Tunel mieści wagon kolejowy albo nieco większy autobus. W jedną stronę. Bez szaleństw. 😄

Za to sama trasa kolejowa była naprawdę malownicza — cały czas wzdłuż zatoki, z widokami, które od razu przypomniały nam, że jesteśmy na Alasce. Whittier okazało się małą rybacką miejscowością z pozostałościami po dawnej jednostce wojskowej. Pogoda była dokładnie taka, jakiej można się było spodziewać: dżdżysto i zimno. Ale nic to. To właśnie tam po raz pierwszy wjechał alaskański łosoś z grilla. I powiedzmy sobie szczerze — było warto. Mniam. 😄

Nocny prom do Valdez pozwolił nam trochę się przespać i dalej walczyć z potężnym jet lagiem. W końcu różnica czasu wynosi 10 godzin, więc organizm miał pełne prawo nie wiedzieć, co się właściwie dzieje. Sama przeprawa przez Zatokę Księcia Williama dała nam delfiny, orki i foki. Było cudnie. Rześko, ale cudnie.

O 1:00 w nocy czasu lokalnego dotarliśmy do Valdez. Zostało już tylko rozbić namioty, złapać trochę snu i przygotować się na pierwszy dzień prawdziwego bikepackingowego pedałowania. Anchorage było rozgrzewką. Teraz zaczyna się właściwa Alaska. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 3: Valdez – Copper Center

Po wczesnej pobudce, śniadaniu i spakowaniu całego naszego dobytku ruszyliśmy na ostatnie zakupy. Prosto z nich — już na trasę. Kierunek: Thompson Pass.

Przed nami 12,5 km podjazdu. Niby nic, ale z sakwami nachylenie 10–12% ma już swój własny wymiar „cierpienia”. 😉 Piękne widoki, dobra pogoda i świadomość, że przez dwa dni nie będzie żadnej większej cywilizacji. Czyli od tego momentu jesteśmy zdani głównie na siebie.

Po osiągnięciu przełęczy, mniej więcej na 50. kilometrze trasy, powitały nas zacne krajobrazy. A to był dopiero przedsmak tego, co czekało nas na prawie 30-kilometrowym zjeździe. Co tam się działo… Same zdjęcia mogą oddać to tylko w niewielkiej części. Góry. Lodowce. I ta niesamowita przestrzeń, której w Europie po prostu się nie znajdzie. Sprawdźcie sami.

Nocleg pośredni spędziliśmy na malutkim campingu w środku lasu. Było ognisko, była przygoda, były komary. Czyli pełny alaskański pakiet. 😄

Do samego Copper Center dotarliśmy po dwóch dniach jazdy. To centrum wędkarskie, szczególnie w czasie alaskańskiego łososiowiska, więc klimat był bardzo lokalny. Były też misie biegające po drodze. 🫣

Przed samym Copper Center zatrzymaliśmy się na pizzę w miłym, małym barze Grizzly. Właściciel — prawdziwy, rodowity Alaskanin — razem z żoną opowiedzieli nam swoją historię. Także muzyczną. I to są właśnie te momenty, których nie da się wpisać w plan wyprawy. One po prostu dzieją się po drodze. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 4: Copper Center – Denali Highway

Rześki poranek przy Copper River obudził nas dosyć wcześnie. Śniadanie, ogarnięcie obozowiska, pakowanie… a później poranna kawka w bardzo lokalnym bistro. Przed nami kolejne dwa dni drogi w kierunku Denali Highway.

Droga asfaltowa, niby główna, ale po alaskańsku — szeroko, bezpiecznie, z nienachalnym ruchem. Głównie lokalne pickupy z 5-litrowymi wolnossącymi silnikami. Tutaj nikt nie bawi się w elektryki czy inne wynalazki z silnikiem „od kosiarki”. 😅 Moc ma wynikać z pojemności. Ale… najważniejsze i tak były widoki. Cały czas towarzyszył nam widok na prawie pięciotysięczniki — Mt Sanford i Mt Wrangell.

Nocleg mieliśmy zaplanowany na campingu pośrodku „niczego” — to te nasze ulubione miejsca. 😉 Pobliska rzeka stanowiła zaopatrzenie w wodę pitną i do mycia. Słońce przygrzewało, było ognisko, było pięknie. No, może poza komarami, ale przecież istnieje Mugga.

Kolejny dzień miał być jednym z tych dłuższych i cięższych. Najdłuższy odcinek tego wyjazdu — grubo powyżej 90 km. Do tego ostatnie 30 km stanowiło już Denali Highway ze swoimi wymagającymi podjazdami. Wstaliśmy wcześniej, żeby sprawnie ruszyć. Wyjazd przyspieszyły chmary komarów, które postanowiły urządzić sobie razem z nami śniadanie. 😉

Na trasie bajka. Pusta droga, piękna zieleń karłowatych świerków, okoliczne bagniska pokryte gęsto kwiatami, liliami i innymi atrakcjami. Drogę przebiegł przed nami niedźwiedź. Mały, czarny… tak samo zaskoczony jak my. 😉 Szybko ukrył się w lesie po drugiej stronie drogi. Później były już tylko wiewiórki, susły, orły i sokoły.

Kilka kilometrów przed planowanym lunchem trafiliśmy na schowany za drzewami punkt widokowy na nasze pięciotysięczniki. Widok? No cóż — trzeba samemu zobaczyć. W dole dolina i lasy, przed nami Mt Wrangell, a przy okazji spotkanie z Polką od wielu lat mieszkającą na Alasce. Była tak zaskoczona, że w takim miejscu spotkała rodaków, że skończyło się na wspólnych zdjęciach i uściskach. Przy okazji mijaliśmy też amatorski wyścig rowerowy na 300 mil. Szanujemy. 😉

Po lunchu ruszyliśmy dalej, żeby jak najszybciej dotrzeć do Denali Highway oraz miejsca noclegowego, w którym czekała na nas upragniona lokalna pizza i zimne piwo. W końcu odbiliśmy na Denali Highway. Droga zaczęła się 7-kilometrowym podjazdem z nachyleniami 12–15%. Tętno od razu skoczyło do maksymalnych wartości. Koniec podjazdu zrekompensował nam wysiłek przepiękną panoramą na dolinę. To był taki efekt „WOW”. Dziesiątki, może i setki kilometrów przestrzeni. Zieleń ograniczona z każdej strony górami i lodowcami. Genialne widoki. Od tej pory trasa cały czas tak wyglądała. Nie mogliśmy się zdecydować, z której strony widoki bardziej zapierały dech. 360 stopni krajobrazów, których nigdzie indziej się nie zobaczy. W taki sposób wpadały nam ostatnie kilometry tego dnia.

Dotarliśmy o czasie do miejsca noclegowego. Syte pizze, świetne piwo IPA/APA i zasłużony odpoczynek. Dla urozmaicenia nie rozbiliśmy tego dnia namiotów — wynajęliśmy domki, które akurat zdarzyły się być wolne. Ciepły prysznic i sen przyszły bardzo szybko. Kolejny dzień już czekał za rogiem. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 5: Denali Highway

Poranek powitał nas deszczem. Zamówiliśmy sobie typowe amerykańskie śniadanie: jajka sadzone, tona boczku, tost i hektolitry kawy dolewane bez ograniczeń (spokojnie — typowe americano, czyli duża lura 😉). Pogoda po pewnym czasie dała możliwość dalszej jazdy. Niestety chmury zaciągnęły się nad górami. Mieliśmy taką szkocką pogodę i szkockie widoki. Miało to też swój niepowtarzalny urok.

Trasa przebiegała już drogą szutrową i charakteryzowała się „tysiącami drobnych podjazdów i zjazdów”. Z sakwami było co robić. Lunch przypadł nam w niedużej lodge przy Maclaren River. Chwila odpoczynku, akurat przeszła mżawka. Posiłek standardowy jak na tamten rejon, czyli do wyboru hamburger albo chili soup. 😉 Grunt, że ciepłe i syte.

Po półtorej godziny ruszyliśmy dalej. Chmury co jakiś czas podnosiły się nieco, odkrywając szczyty pasm górskich. Ale wilgoć w powietrzu była cały czas wyczuwalna. Do noclegu nie brakowało dużo, ale prognozy były bezlitosne. Mocny deszcz czaił się za rogiem. Pierwsze gęste burzowe chmury zaczęły się pojawiać na horyzoncie. Na szczęście trasa delikatnie skręcała i mogliśmy je obserwować z boku. Szczęście nie trwało długo — po niecałej godzinie padło i na nas, a raczej zaczęło lać. 😉

Pierwszej części ekipy udało się dotrzeć do miejsca noclegowego w Alpine Creek, nie będąc zbyt wytarmoszoną deszczem. Druga część ekipy prysznic miała już zaliczony po dotarciu do Lodge Alpine. Za to na koniec pojawiło się przez chwilę słońce i przepiękna tęcza — stanowiąc tę zasłużoną wisienkę na torcie.

Z racji pogody i prognoz stwierdziliśmy, że rozbijanie namiotów może być nieco kłopotliwe. Deszcze i deszcze. Udało nam się przekonać właścicieli (a w zasadzie za negocjacje była odpowiedzialna Ewa 😉), aby zamienić namioty na suche łóżka w pokojach w cenach promocyjnych. Był to dobry wybór, patrząc, jak wyglądała cała noc i jak miał wyglądać cały następny dzień.

Rankiem po śniadaniu pogoda nie dawała za wygraną. Rzęsisty deszcz nie chciał odejść. Po raz kolejny z pomocą przyszli właściciele obiektu. Nocleg mieliśmy zaplanowany na kampingu przy rzece w środku trasy, ok. 60 km od Alpine Creek. Właściciele zgodzili się przewieźć nam bagaże za przysłowiową „miskę ryżu” — DUŻĄ miskę. 😉 Dawało nam to możliwość dużo szybszego dotarcia na miejsce oraz, co ważniejsze, gwarancję, że namioty, śpiwory itp. przyjadą suche.

Udało się, trasa przebiegła szybko. Jednak jazda na pusto, a z obciążeniem to dwa różne światy. Na miejsce udało się dotrzeć nawet specjalnie nie zmoczonym, a bagaże dotarły idealnie w czas naszego przyjazdu. W chwili przerwy między popadywaniem rozbiliśmy namioty i zorganizowaliśmy ognisko, przy rozpalaniu którego mieliśmy sporo frajdy. Szybko zrobiło się ciepło. Kolacja, chwila rozmów i śmiechów — i czas na sen. Bo następnego dnia trasa, już z sakwami. A mieliśmy dotrzeć do granic Parku McKinley. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 6: Denali Highway – McKinley Park

Dotarliśmy do dnia, w którym miało nastąpić pożegnanie z Denali Highway — z jej spektakularnymi przestrzeniami i krajobrazami. Do Cantwell droga wiodła szeroką szutrową nawierzchnią, lekko steraną kołami samochodów. Czyli czasem było lekko wyboiście. 😊 Góry, jeziora, stawy… (wszystko w maksi skali) miarowo pojawiały się i znikały w miarę pokonywania kolejnych kilometrów oraz coraz bardziej zalesionych terenów.

Zapomniałbym dodać, że ten odcinek prezentował dodatkowo multum podjazdów — krótkich, ale „srogich”. 😉 Zjazdy dawały trochę wytchnienia, ale jak to ze zjazdami — były szybkie. Pogoda zaczęła dopisywać. Towarzyszące przez ostatni dzień ciężkie chmury odeszły w zapomnienie.

Po kilku godzinach dotarliśmy do skrzyżowania z Park Hwy 😉 — którą dalej zaczęliśmy podążać w kierunku Denali Parku. Droga była z tych główniejszych, asfaltowych, z bardzo szerokimi poboczami. Cywilizacji jednak jak na lekarstwo. Jedna stacja benzynowa ze sklepem musiała wystarczyć. Jako że była środa, dwa bary, na które liczyliśmy, były zamknięte. Z powodu, że środa. ;D

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po ok. 20 km stosunkowo łagodnej i megawidokowej trasy trafiliśmy do przydrożnej, klimatycznej, „fancy” restauracji. Było przepysznie — głównym daniem dla większości grupy został grillowany łosoś (prosto z połowów) i, jakby nie było, krwisty stek dla Pawła.

Po dłuższym pobycie w lokalu ruszyliśmy w stronę kampingu. Zostało nam ostatnie 16 kilometrów do noclegu. Kamping przy rzece, ale umieszczony w sąsiedztwie hoteli i resortów — tak więc kolacyjnie i rozrywkowo na „bogato”. Sam odcinek pomiędzy Cantwell a kampingiem w McKinley Park jest widokowo zjawiskowy. Tutaj nawet przy głównych lokalnych drogach natura nie odpuszcza i podaje spektakularne krajobrazy. A następnego dnia czekał nas wjazd w środek Denali Parku i dwudniowe buszowanie po tzw. dziczy. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Epizod 7: Park Denali

Przed nami ostatnie dni wyprawy. Wjeżdżamy do Parku Denali — w dzicz. No, prawie dzicz, bo mimo wszystko campingi są zorganizowane, z podstawową infrastrukturą. Ale na cały pobyt żywność musiała już być całkowicie wwieziona na naszych barkach, czytaj: rowerach.

Na początku check-in w tzw. recepcji parku. Krótka pogadanka, wyjaśnienie zasad, otrzymanie wjazdówek na camping — i mogliśmy ruszyć dalej. Zaraz za recepcją minęliśmy zjazd na stację kolejową i rozpoczęliśmy mozolne wspinanie się w górę. Podjazd w niektórych miejscach przekraczał przyzwoite nachylenie, sięgając chyba z 15–16%, i tak ciągnął się przez kolejne kilometry.

Celem był kamping nad rzeką Teklanika. Po osiągnięciu peaku, gdzie wysokie drzewa odeszły w niepamięć, dookoła zaczął się rozciągać krajobraz, który już trochę znaliśmy z Denali Hwy — tylko wyglądał jakoś inaczej. 😉 To, co ulegało powolnej zmianie, to więcej wiewiórek i susłów. A w miarę jak podążaliśmy dalej, mieliśmy wrażenie, że coś w tych „krzakach” może się czaić. 😃

Po kilkunastominutowym zjeździe zostaliśmy zatrzymani przez rangersów w punkcie informacyjnym, gdzie przeszliśmy kolejne przeszkolenie o zasadach panujących w parku oraz bezpieczeństwie poruszania się i zachowywania. Główny nacisk był położony na ewentualne spotkanie z misiami. 😉 W Denali, w zasadzie jak i na całej naszej trasie, fajne było to, że po każdym podjeździe diametralnie zmieniały się krajobrazy. Tak jakby się wjeżdżało w trochę inne krainy. Nudy nie było. Z pewnej odległości zobaczyliśmy pasące się karibu, którego spokój nie dał się zmącić przez „polujących” na zwierza turystów, w tym nas. Dotarliśmy na kamping, który przez kolejne dwa dni miał być naszym domem.

Kolejnego dnia, już na pusto, ruszyliśmy w głąb parku — do 43. mili. Niestety w tym roku na tym odcinku kończyła się możliwość dalszej eksploracji z powodu przeciągającego się remontu trasy po zawalonym zboczu. Obiecali otworzyć w przyszłym roku — zobaczymy. Ale nawet ten skrócony odcinek dostarczył wrażeń. W sumie do przejechania było raptem niecałe 50 km w obie strony, ale za to wzniesień do podjechania zebrała się słuszna liczba.

Na sam koniec trasy, tuż przed wjazdem na kamping, czekała na nas niespodzianka w postaci niedźwiedzia. Przed samym wjazdem zostaliśmy ostrzeżeni przez kierowców autobusu o dużym miśku na trasie i zaraz po tym, zgodnie z zasadami, delikatnie wycofaliśmy się od miejsca wjazdu na kamping. Chwilę później „misiek” stwierdził, że pójdzie sobie na nasz kamping. Co udrożniło drogę, ale kazało się trzy razy zastanowić, czy powinniśmy wjechać pod namioty. Po paru minutach wahania i zobaczeniu pierwszych mieszkańców kampingu ruszyliśmy do naszych namiotów. Skąd okazało się, że misiek buszuje w sąsiednich alejkach.

Następnego dnia ruszyliśmy na ostatni nasz biwak — Riley Creek, duży kamping przy wjeździe do parku. Tam spędziliśmy kolejne dwa dni, mając czas na zasłużony wypoczynek i kolejne atrakcje, już „stacjonarne”, wraz z finałem mistrzostw świata w piłce nożnej, którego nie mogliśmy ominąć — tak więc równo o 11:00 wygraliśmy walkę o stolik w jedynym miejscu, gdzie mogliśmy go obejrzeć. A podobno Amerykanie nie oglądają soccera. 😉 Poza tym były raftingi, loty samolotem wokół McKinleya, turystyczno-pożegnalne zakupy i tzw. leniwe dni. 🙂 Przed nami pozostał już tylko powrót pociągiem Denali Star do Anchorage. 🚴‍♂️🏔️🇺🇸

Chcesz przejechać to na własnych kołach?

Wyprawa wraca w sezonie 2027 – szczegóły, program dzień po dniu i terminy czekają w ofercie Alaska — ekspedycja po nieznane.

Przeczytaj także

DOŁĄCZ DO NEWSLETTERA
Aby otrzymywać najlepsze oferty oraz rowerowe informacje