Za nami Tour de Mont Blanc 2026 — pięć dni jazdy enduro MTB dookoła najwyższego szczytu Europy, przez Francję, Szwajcarię i Włochy. Na liczniku około 240 km i prawie 9000 m przewyższenia, a w pamięci wysokie przełęcze, genialne single i widoki na Białą Górę z każdej strony. Poniżej pełna relacja, epizod po epizodzie — tak jak działa się na trasie.
Do Chamonix dojechaliśmy w niedzielę po południu. Po prawie 24 godzinach w drodze jedyne, czego człowiek chce, to trochę odespać. Jednak rozruch nóg był silniejszy — razem z Wojtkiem, Bartkiem i Krzyśkiem, którzy jechali busem z Polski, ruszyliśmy pod oficjalną bramę rozpoczęcia i zakończenia pętli TMB w Les Houches. Potem szybkie zwiedzanie Chamonix i burger, a wieczorem odebraliśmy resztę ekipy z lotniska w Genewie. Na miejscu spotkaliśmy się też z Danielem i Rafałem, którzy dotarli na start własnym samochodem dzień wcześniej.
Nazajutrz wstaliśmy wcześnie: śniadanie 6:30, start około 8:00. Plan zrealizowaliśmy i po rozgrzewce wyruszyliśmy w stronę Argentière. Początek to jazda szutrówkami i singletrackami doliny rzeki L'Arve. Po krótkiej kawce w Argentière pojechaliśmy dalej do Le Tour, gdzie dzięki kolejce zyskaliśmy 700 m w pionie. Pogoda petarda. Na Col de Balme (2191 m n.p.m.) Mont Blanc odsłonił się od swojej północnej strony. Chwila na zdjęcia i ruszyliśmy na zjazd. Cel: Trient, szwajcarskie miasteczko pośród gór, do którego prowadzą niezwykle ciekawe singletracki. W górnej części czerwono, trochę technicznie, potem niebieski flowtrail, aż w końcu pojawia się czerń z diamentami — czasami nawet podwójnymi. Trasa w dolnej części to agrafkowy majstersztyk, tylko dla wytrenowanych w boju zawodników.
Z różnymi prędkościami i umiejętnościami cała grupa dotarła do Trient bez większych kłopotów. Jeszcze tylko chwila stromego podjazdu i można było odhaczyć kolejną przełęcz — Col de la Forclaz (1527 m n.p.m.). A tam niespodzianka! Tomek (nasz support) z kanapeczkami z najlepszymi serami i szynkami regionu, a do tego arbuz i melon. Przy tak wysokich temperaturach — istne wybawienie. 🫠
Kalorii spalonych sporo, a jeszcze więcej do spalenia, więc domówiliśmy na przełęczy trochę jedzenia i po 15:00 ruszyliśmy w stronę Col de Portalo (2049 m n.p.m.). Dostanie się na tę przełęcz to nie są rurki z kremem — czasem więcej było pchania i noszenia roweru niż faktycznej jazdy. Na szczycie każdy przyznał, że wycisk był srogi. 😮💨
W dół poprowadził nas przepiękny singielek, który w środkowej części zmienia się w ścieżkę z rumoszu skalnego — kamienie rosły wraz ze spadającą wysokością. Praktycznie całość zjechaliśmy bez większych usterek. Niestety na koniec Krzysiek urwał przerzutkę i musiał na tym etapie zakończyć dzień — po niego i rower przyjechał nasz bus wsparcia.
Po dotarciu do asfaltu czekał nas jeszcze kawałek podjazdu do Champex-Lac, ostatnia fotka nad jeziorem i odpoczynek. Końcówka to wspaniały flowtrailowy singletrack ciągnący się prawie do samego Orsières, gdzie nocowaliśmy. Wieczorem Krzyśkowi udało się założyć zapasową przerzutkę od Adama, a reszcie ekipy — posilić się przed następnym etapem. To był długi i wymagający dzień, ale zupełnie tego wart.
Po wymagającym pierwszym dniu przyszedł czas na oddech — ale tylko trochę lżejszy. 🙃 Tym razem wyjechaliśmy koło 10:00. Do pokonania „tylko” 47 km i 1970 m przewyższenia. 😇
Początek przez szwajcarską część doliny Ferret to głównie asfalt, szuter i odrobina kamiennej ścieżki po stosunkowo lekkim rumoszu skalnym. W tej części wleciała kawka z widokiem, a punktem lunchowym była miejscowość La Fouly na 18. kilometrze trasy. Stamtąd na najwyższą przełęcz Touru — Grand Col Ferret (2537 m n.p.m.) — prowadzi już właściwie sam podjazd. Zaczyna się dość długim odcinkiem asfaltowym, potem szutrowa droga podchodzi pod samo schronisko La Peule, a od schroniska wydeptany singletrack prowadzi praktycznie na samą przełęcz. Na rowerze elektrycznym bajka, na analogowym trzeba mocno popracować — momentami podjazd przekracza 25% nachylenia.
Na Grand Col Ferret dotarliśmy zadowoleni, że słońce niespowite ani jedną chmurką pozwala nacieszyć się widokami na lodowiec i otaczające szczyty. To jeden z trzech najpiękniejszych widoków tego Touru.
Pora ruszyć w dół, ku schronisku Elena. Strome ścieżki z dużą ekspozycją i mało przyjemnymi odwodnieniami nie ułatwiały zadania, ale każdy dotarł na miejsce. Tam szybki wodopój i jeszcze genialny singielek spod schroniska. Ludzi na szlaku było sporo, więc nie zawsze dało się pojechać pełnym tempem. W dolnej części doliny Ferret, tym razem po stronie włoskiej, czekał nas asfalcik i… pies jadący ciężarówką. 😅
Zjechaliśmy do Courmayeur, aby wieczorem zaznać prawdziwej włoskiej uczty (choć podczas tego Touru to Francuzi okazali się w te klocki lepsi 😏).
Z Courmayeur wyruszyliśmy jak zwykle przed 10:00. Przez drobne problemy techniczne w rowerze Grześka grupa się rozdzieliła i każdy swoim tempem dojechał do Refugio Monte Bianco, skąd kawka i ciasto smakują jakoś tak lepiej z widokiem na otaczające lodowce. Spod schroniska poleciał przyjemny singielek w stronę doliny Veny, którą chyba każdy z uczestników był zauroczony. Rowerzystów na szlaku przybywa z roku na rok — udało nam się nawet spotkać polską grupę, która jechała ten szlak w tym samym czasie, również na rowerach elektrycznych.
Dotarliśmy do schroniska Elisabetta, gdzie przy nad wyraz wysokiej temperaturze w ruch szło głównie nawodnienie. Oczywiście nie omieszkaliśmy załapać się na penne al ragù. Po godzinie odpoczynku przyszła pora na atak szczytowy: do Col de la Seigne (2515 m n.p.m.) dzieliło nas raptem kilka kilometrów i 400 m niezbyt prostego podjazdu. Tutaj najbardziej zaskoczyli Bartek i Szymon na rowerach analogowych, którzy łyknęli go jak zawodowcy. 🫡😎
Na przełęczy warunki niemal idealne — może oprócz silnie wiejącego wiatru, który i tak był dość łagodny jak na to miejsce. Fotki z widokiem na Mont Blanc i ruszyliśmy w dół, w stronę francuskiego schroniska Des Mottets, przepięknie wijącym się singletrackiem pozwalającym rozwijać kosmiczne prędkości. Po dojechaniu do schroniska szybkie ładowanie wody, zjazd szutrówką, a następnie podjazd na kolejny genialny singletrack tego dnia — w Dolinie Lodowców.
Po zjechaniu do Les Chapieux czekała nas niespodzianka: Tomek z kolejną porcją arbuza i melona. Oj, jak to wjechało, kiedy taki żar lał się z nieba. 🫠 Dalej asfaltową drogą do Bourg-Saint-Maurice — kolejny raz rozwijając niezwykłe prędkości. Na koniec części zjazdowej pozostało kilka przyjemnych singli do centrum Bourg, a na koniec części rowerowej podjazd do Séez na nocleg. Warto było go zrobić: miejsce, w którym nocowaliśmy, było magiczne, a kolacja serwowana przez właścicielkę — spektakularna. To właśnie wtedy Francuzi stanęli kulinarnie wyżej niż Włosi. 😉
Poranek był trudny. Wiszenie na słuchawce raz z ubezpieczycielem, raz z ekipą od transportu i z ekipą z biura w Polsce (dzięki, chłopaki, za pomoc!). Finalnie udało się zorganizować shuttle do Les Chapieux, samochód zastępczy i tak to wszystko pospinać, żeby grupa nie odczuła tego za bardzo na własnej skórze.
Z Les Chapieux ekipę czekał podjazd na klasykę szosowych podjazdów w okolicy — Cormet de Roselend (1968 m n.p.m.). Na tej przełęczy zawsze czeka stoisko z lokalnymi specjałami, jak sery i kiełbasy, a to wszystko w towarzystwie wypchanego świstaka. 😅
Z grupą złapałem się przy jeziorze Roselend. Tam kawka i ciastko — i zaraz ruszyliśmy w górę. Na początek nowość: Col de Sur Frêtes (1792 m n.p.m.), a z niej genialny, pełen flow zjazd aż w dolinę Gittaz. Nie był to jednak koniec podjazdów. Następnym celem była przełęcz Gittaz (2300 m n.p.m.), z której dzięki wspaniałej pogodowej aurze mogliśmy podziwiać masyw Mont Blanc w całej okazałości. Po zatrzymaniu się, kontemplacji, posiłku i zdjęciach pora było ruszyć w dół. Początek to genialnie wijący się singletrack opadający po alpejskich łąkach, który w kolejnej części zmienia się w bardziej techniczny fragment po większym rumoszu skalnym. Zjazd w opinii ekipy — jeden z lepszych podczas tego Touru.
Finalnie ścieżka schodzi pod samą przełęcz Col du Joly (1989 m n.p.m.). Lekko odwodnieni i zgrzani dotarliśmy do restauracji na samym jej szczycie i od razu zamówiliśmy po dwie butelki wody, a co niektórzy — ogromny puchar lodów, coby choć odrobinę się schłodzić. 🍨 Pora było ruszyć w stronę Les Contamines pierwszą bikeparkową trasą tego Touru — Les Clarines. Dość prosta niebieska trasa dała przyjemnego kopa, a po dotarciu do miasta czekało nas jeszcze sporo ciekawych ścieżek wzdłuż rzeki Le Bon Nant. Nie pozwoliły nam się nudzić. 🫠
Do Saint-Gervais-les-Bains dotarliśmy trochę zmęczeni słońcem, trasą i intensywnością dnia. Grupa podzieliła się na team pizza i team burgery — każdy znalazł coś dla siebie. 😎 Pozostało naładować baterie na ostatni dzień Touru, który mimo że najkrótszy, wciąż miał sporo do zaoferowania. Oby tylko pogoda wytrzymała…
Ostatni dzień naszych zmagań ze szlakiem TMB rozpoczęliśmy od długiego asfaltowego podjazdu. Najpierw do centrum Saint-Gervais-les-Bains, a następnie w stronę Bionnassay. Tam zatrzymaliśmy się na kawę i genialną tartę borówkową. Procent nachylenia trasy był nieubłagany — praktycznie cały czas ponad 15%. Mozolnie wznosiliśmy się na Col de Voza (1650 m n.p.m.). Przy końcówce nawet na elektryku trasa jest wymagająca; piesi turyści patrzyli na nas z lekkim niedowierzaniem, szczególnie na jadących na rowerach analogowych Szymona i Bartka.
Z Col de Voza pozostał ostatni etap: wjazd na Tête de la Charme (1870 m n.p.m.). Mont Blanc odsłonił się mimo wcześniejszego zachmurzenia. Byliśmy oczarowani widokiem i sporo czasu spędziliśmy, leżąc na leżakach i wpatrując się w Białą Górę.
W końcu trzeba było ruszyć w dół. Po krótkiej debacie padła propozycja zjazdu ścieżką „Borówkową” tamtejszego bike parku. O ile był to całkiem fajny zjazd, o tyle wymagał sporo uwagi i skilla, żeby mieć z niego frajdę. „Borówkowy” wypada na niebieski „Alpage Respect”, którym z pełnym flow zjechaliśmy do podnóża góry. 🫠
Dojechaliśmy do Les Houches, gdzie przy bramie początku i końca TMB zbiliśmy piątki i zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. To była piękna przygoda… Pod hotelem czekało jeszcze zwycięskie polanie szampanem i mogliśmy wspólnie przyznać, że pokonaliśmy 5 dni jazdy, prawie 9000 m przewyższenia i 240 km najwspanialszych szlaków enduro MTB wokół najwyższego szczytu Europy.
Dziękujemy całej ekipie za wspaniałe chwile i ducha walki. Mamy nadzieję, że Tour de Mont Blanc zostanie w Waszych głowach na długo — i że zachęci do dalszych eksploracji z 80 Rowerów. Do zobaczenia! ❗
Wyprawa wraca w kolejnym sezonie – szczegóły, program dzień po dniu i terminy czekają w ofercie Tour de Mont Blanc — dookoła dachu Europy.