Madera, perła Atlantyku. Miejsce, które przyciąga i zachwyca swoją różnorodnością i pięknem. Ta portugalska wyspa, położona około 860 km na południowy zachód od kontynentalnej Portugalii, jest prawdziwym rajem dla wszystkich miłośników aktywnego wypoczynku, w szczególności rowerowych „wariatów” 😊
Wiecznie wiosenna aura powoduje, że warto tam być szczególnie w miesiącach, w których u nas w kraju, pogoda nie rozpieszcza. My rowerowo wybraliśmy się, może jeszcze w nienajgorszym, pod względem pogodowym miesiącu - październiku.
Cała grupa zdecydowała się wypożyczyć rowery na miejscu, więc na lotnisku spotkaliśmy się z niewielkimi w sumie bagażami. No, może poza paroma osobami z dużymi potrzebami 😊
Lot na wyspę trwał ok. 5 godzin. Lądowanie na lotnisku w pobliżu Funchal przebiegło gładko. Przywitało nas piękne popołudniowe słońce i niebieskie niebo. Po szybkim transferze do hotelu i zameldowaniu się, ruszyliśmy spacerkiem do zaprzyjaźnionej z nami wypożyczalni rowerów, w której czekały na nas, wcześniej zarezerwowane dwukołowce. Kilka osób zdecydowało się na elektryki, pozostała część grupy wybrała klasyczne MTB. Po załatwieniu wszystkich formalności ruszyliśmy na pierwszą krótką przejażdżkę wzdłuż nabrzeża Funchal. Zatrzymaliśmy się na powitalną kawę i sangrię w promieniach zachodzącego słońca, przy szumie oceanu. Było wspaniale. Dzień zakończyliśmy na kolacji w starej części miasta na miejscowych rarytasach.
Madera jest niedużą wyspą, ale o bardzo zróżnicowanym prawie górskim krajobrazie. Środek wyspy to jedno niekończące się pasmo z dochodzącymi do ponad 1800m szczytami. Przez to, albo dzięki temu – w zależności jak na to spojrzeć – jest duża szansa na zwiedzanie wyspy w pięknej aurze tzn. bez deszczu. Dzień zawsze zaczynam od „studiowania” prognozy pogody: kierunki wiatru, ewentualne zachmurzenie, a dostępne kamery internetowe pomagają podjąć decyzję, w którą stronę wyspy się wybrać
Tego dnia wybraliśmy się na Pico do Arieiro. Po śniadaniu nasz lokalny przyjaciel i kierowca, podrzucił nas w wybrany punkt, z którego zaczęliśmy naszą przygodę i zarazem siedmiokilometrowy podjazd na „Pico”. Asfaltową drogą, położoną wśród gęsto zalesionego terenu ruszyliśmy dzielnie w górę. Po 2-3 kilometrach leśny krajobraz ustąpił. Mogliśmy się delektować przepięknymi widokami, które pokazały całą moc Madery. Góry, wzgórza, ocean – wszystko na przestrzeni kilku kilometrów. Wiecznie zielona wyspa pośrodku oceanu. Na samej górze zostaliśmy powitani (jak chyba zawsze 😉) przez silny wiatr i przechodzącą akurat wtedy gęstą chmurę.
Po sesji zdjęciowej podjechaliśmy do umiejscowionej tam restauracjo-kawiarni na zasłużoną kawę i ciasteczko. Tak – była grana pastel de nata. Po rozgrzaniu się ruszyliśmy w dół. Droga, którą pokonywaliśmy w górę przez godzinę, w dół zajęła nam kilkanaście minut. Po kolejnych kilku kilometrach wjechaliśmy w leśne szutry, aby powoli skierować się w stronę przylądka św. Wawrzyńca. Szutry, czy też maderskie czerwone bezdroża stanowiły nie lada wyzwanie. Lekko wilgotne podłoże stało się bardzo śliskie. Wymagało to od nas nie lada uwagi i dosyć zachowawczego i asekuracyjnego zjeżdżania. Ale zabawa była przednia.
Po kilku kilometrach wjechaliśmy w mało znaną i uczęszczaną lewadę. Wąska ścieżka z wodnym korytem z boku wiła się po zboczu góry i stanowiła nie lada atrakcję. Po kolejnych kilometrach dojechaliśmy do drogi, przy której stała lokalna nieduża restauracja. Sporo ludzi, którzy przyjeżdżali tam na estapade. Nam wystarczyły sławne Bolo do Caco wraz z bogatą mięsną lub wegetariańską „wkładką”. Po tak sytym posiłku pozostało już tylko wjechać na przylądek. Kilkanaście kilometrów zjazdu, kilka podjazdu, tunel i już byliśmy. Widoki z przylądka, oświetlone promieniami słońca, były oszałamiające. Pogoda tego dnia była idealna. Pozostawiliśmy rowery i poszliśmy na krótki spacer po przylądku i jego skalnym szlaku.
Pozostał już tylko transfer do hotelu i pyszna kolacja w tamtejszej restauracji. Dzień pełen wrażeń.
Ten dzień nie zapowiadał się najlepiej. Prognozy pogodowe straszyły wszystkim czym mogły. Prawie godzinę zajęło mi wybranie miejsca na kolejny dzień podróżowania. Trochę na „chybił-trafił” wybrałem Santanę, jako początek naszej trasy. Z samochodu wypakowaliśmy się w pobliżu sławnych kolorowych domków. Małe domki z dachami krytymi strzechą to tradycyjne budynki, zwane "casas de colmo" i są symbolem wyspy i tego miasteczka. Było na tyle wcześnie, że miejscowość wyglądała na lekko „wymarłą”. Nawet sklepów z pamiątkami nie zdążyli otworzyć. A może to już pierwsza lokalna „sjesta” nastała.
Niebo było zaciągnięte chmurami, ale intuicja podpowiadała, że tego dnia nie będzie tutaj źle..;) Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w jak się okazało niełatwą trasę. Gdy tylko zostawiliśmy Santanę za plecami, wjechaliśmy drogą w pięknie zalesiony teren. Mini wodospady, gęsty, pachnący drzewostan. Co zaskoczyło, choć nie powinno to…genialne zjazdy i podjazdy sięgające do 30% nachylenia. Oj było ostro. Do najbliższej miejscowości Ilhe jechaliśmy ok. 1.5 godziny, a to było raptem ok. 8km, ale jak było warto nie iść na „łatwiznę” 😉
Tam szybka kawka w lokalnym barze, pogadanka z miejscowymi transportowcami piwa, którzy utwierdzili, że dobra pogoda będzie z nami na pewno do późnego popołudnia. Pozostało uwierzyć i ruszyć dalej. Mijając wiejskie zabudowania, stary młyn wodny, przez „opłotki” São Jorge, ruszyliśmy w kierunku Arco de São Jorge. Trasa wiodła szutrami, wąskimi asfaltowymi dróżkami. Chmury nad nami się rozstąpiły i (już do końca dnia) towarzyszyło nam piękne słońce i błękitne niebo. Zbliżając się do miasteczka, żegnaliśmy się z terenami leśnymi, a witaliśmy z klifami i oceanem. Stare uliczki, wiele miejsc widokowych, przy których trzeba się zatrzymać na serię zdjęć. W kilku miejscach można było zauważyć stare tradycyjne „pralnie” ręczne, gdzie wykute w kamienny blokach „tarki” służyły jako ówczesne pralki. Gdzieniegdzie dalej używane 😊
Po wielu przerwach, na zdjęcia opuściliśmy Arco (jest to chyba jedno z najmniejszych miasteczek na wybrzeżu wyspy) i ruszyliśmy w kierunku mety tego dnia São Vicente. Jechaliśmy już jak najbliżej się dało linii oceanu. Droga już asfaltowa, ale nie usłana różami. Tam trzeba się trochę napracować. Rowery elektryczne pomagają oczywiście, pod warunkiem, że starczy baterii 😉 Najlepiej być przygotowanym na własne siły. Pięknie, wymagająco, epicko. Tak bym określił ten dzień. Wjeżdżając do São Vicente, mogliśmy poobserwować przygotowujących się surferów na lokalnej plaży. Fala im sprzyjała, a my ruszyliśmy na zasłużony obiad. Były krewetki, espady, tradycyjne lokalne „szaszłyki” - estepady. Mieliśmy czas na lokalne pamiątki, zaliczyć degustację maderskiego rumu w miejscowej piwniczce i ocenić, które roczniki są najlepsze 😉
Po przyjeździe Carlosa, zapakowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Po przejeździe przez pierwszy tunel, aura zmieniła się na ogromne oberwanie chmury. Okazało się, że na południowej stronie wyspy lało przez cały dzień. Gdy my pławiliśmy się w słońcu przez cały dzień, po drugiej stronie pasma górskiego trwał „Armagedon”. Lotnisko odwołało wszystkie loty, zanotowano w górach liczne obsunięcia ziemi, drogami woda płynęła szerokimi strumieniami. Co za wyspa :D
Po drodze do hotelu odwiedziliśmy mały lokalny bar, który jako pierwszy zaczął robić sławną tutaj „ponche” – napój robiony na miejscu, na świeżo z aguardente de cana (destylatu z trzciny cukrowej), miodu, cukru i świeżo wyciśniętego soku z cytrusów. Zagryzając fistaszkami, rzucając tradycyjnie łupki na podłogę, spróbowaliśmy tego rarytasu.
Chmury odeszły, ale niepewność pogody została. Na ten dzień zaplanowałem trasę, na którą mieliśmy wystartować na płaskowyżu Paul da Serra, a metę mieliśmy w Paul do Mar. Zaczęło się dobrze. Słońce, lekkie chmurki, które im byliśmy bliżej płaskowyżu zaczynały się zagęszczać. W końcu wjechaliśmy w chmury…i tak już zostało. Po dotarciu na miejsce startu wypakowaliśmy rowery. Wilgoć prawie 100% 😉 na wysokości 1500m powodowała, że odczuwalność temperatury była na poziomie prawie minusowym 😉. Ale ruszyliśmy. Trasa wiodła lokalną drogą asfaltową. Podarowaliśmy sobie ewentualne odbicia szutrowe, gdyż przy tej wilgotności ścieżki zamieniają się w dosyć śliskie nawierzchnie, co przy ograniczonej widoczności mogło narobić nieco kłopotów.
Musieliśmy zrezygnować tego dnia z krótkiego wypadu w Levadę do Risco, gdyż widoczność była tak ograniczona, iż nie miałoby to najmniejszego sensu. Ruszyliśmy w dół, w kierunku Porto Moniz, ale kilka kilometrów przed nim odbijając w kierunku Paul do Mar. Po zjechaniu do poziomu ok. 600m n.p.m. znaleźliśmy się pod linią chmur. W końcu widoczność się pojawiła 😊Wilgotnymi, asfaltowymi serpentynami ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy w środku eukaliptusowych lasów, gdzie mentolowy zapach, głęboko wchodził w nas z każdym oddechem, a że było jak zawsze pod górkę, to w zatokach i płucach samo zdrowie 😊
Po dłuższym kilkukilometrowym podjeździe (niektórzy mówili o 10km, ale chyba było tylko 7), zrobiliśmy sobie przerwę na kawę i lokalne bifanas w wersji tradycyjnej i vege. Takie bułki z tak zmacerowanym mięsem tylko w Portugalii. Dalej już poszło gładko, tylko 2-3 km podjazdu i najbardziej widokowy, spektakularny zjazd do linii oceanu. Przed nami Paul do Mar. Oczywiście specjalnie dla nas pojawiło się piękne słońce, a chmury poszły w niepamięć.
Serpentyny wiodące ostro w dół, tunele, przez które przejeżdżaliśmy, widok na masyw wznoszący się kilkaset metrów od miasteczka i plaży, robiły piorunujące wrażenie. Dzień skończony wjazdem na plażę. Samo miasteczko niewielkie, malownicze. Położone na bardzo wąskim pasie pomiędzy oceanem a wysokim masywem skalnym, który mieni się wieloma kolorami w zależności od pory dnia i intensywności promieni słonecznych. Bajka. Myślę, że tutaj chyba trzeba uważać z wynajmowaniem domów typu „ tylko 300-400m od plaży”, bo w sumie tak jest, nawet z obłędnym widokiem, ale może się to skończyć 10km dojazdem do niej 😉
Dzień zakończyliśmy w hotelu wieczorkiem maderskim z tańcami i pyszną kolacją (ach, te espady w wytrwanym sosie z mango – palce lizać) i urodzinowym tortem.
Jeden dzień na takim wyjeździe mamy zaplanowany jako dzień „wolny”. Jest to taki dzień zapasowy, który daje nam więcej elastyczności w planowaniu kolejnych wycieczek po wyspie w zależności od zmieniającej się aury. Jest to dzień, który pozwala każdemu spędzić go we własnym stylu. Część z nas pojechała w mniejszej grupie za Funchal, część grupy poświęciła czas na rowerowe powłóczenie się po Funchal. Odwiedziliśmy kolorowy targ „Mercado dos Lavradores”, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć, powąchać, posmakować wielu lokalnych specjałów, owoców, przypraw. Później wjechaliśmy kolejką linową na Monte Funchal, gdzie zwiedziliśmy Pałacowe Ogrody Tropikalne oraz sprawdziliśmy jaką fantastyczną zabawą jest zjazd historycznymi saniami po asfalcie w dół wzgórza 😊
Natomiast dzień piąty to już sam creme de la creme i wisienka razem. Wystartowaliśmy ponownie z płaskowyżu Paul da Serra, ale nasze kółka skierowały się w stronę mistycznych lasów Fanal. Po drodze zaliczyliśmy punkt widokowy, który tym razem pokazał się ze strony mgły i chmur, ale dobrze to rokowało na później, bo Fanal we mgle to jest coś!
I tak było. Przepiękne rozległe czarodziejskie, wiedźmowate drzewa o niespotykanych kształtach, gęsta zielona trawa, wilgoć, mgła...wrażenia, których zdjęcia do końca nie oddają. Musicie uwierzyć na słowo. Mistycyzm w pełnej krasie.
Nie mogliśmy spędzić jednak tam całego dnia, bo czekał na nas Porto Moniz ze swymi naturalnymi skalnymi basenami zanurzonymi w Atlantyku. Przepotężny szybki zjazd serpentynami do linii oceanu z przepięknym punktem widokowym, chwila oddechu i fragmentem drogi „antycznej” wiodącej po zboczu klifu dotarliśmy do Porto Moniz. Kąpiel jednak nie była nam dana - zbyt duże fale i prądy oceaniczne pokrzyżowały niecne plany. Ale nic to. Przepyszny lunch wynagrodził, a później widokową starą trasą ruszyliśmy w stronę znanego już nam wcześniej São Vicente. Droga ER101, znana również jako "Antiga", jest wąska i kręta, co sprawia, że podróż nią jest prawdziwą widokową ucztą. W niektórych miejscach droga przechodzi przez tunele wykute w skałach. W wielu swoich fragmentach jest już pozarywana, porzucona dla nowo poprowadzonych tras, nowo wykutych tuneli. Zarośnięta w miejscach, gdzie natura upomniała się po swoje, ale przejażdżka nią w możliwych do pokonania fragmentach jest bajkowa.
Był bajkowy las w gęstej mgle, były tunele, były klify, był ocean zalewający swymi falami trasę. Ależ to był dzień.
Ostatni dzień spędziliśmy bliżej wschodniej części wyspy. Zaczęliśmy w miejscu, które poznaliśmy pierwszego dnia – u podnóża Pico do Arieiro. W sumie ładne zamknięcie klamrą tego wyjazdu 😊. Koła skierowaliśmy w stronę Porto da Cruz. Pierwsza część trasy głównie polegała na zjeżdżaniu, a jak😊. Dla urozmaicenia, odbiliśmy na chwilę w lokalną levadę, zakończoną bardzo widokowym miejscem na pobliski wąwóz i panoramę na ocean i znajdujące się tam miasteczko.
Całkiem przypadkiem wpadliśmy do pobliskiego Faial i Miradouro do Guindaste wraz z wbitymi w skałę szklanymi chodnikami, pod którymi kilkadziesiąt metrów poniżej rozbijały się o skały fale oceanu.
Dojazd do Porto da Cruz zajął chwilkę, bo było przez chwilkę pod górkę. 3km podjazdu o nachyleniu dochodzącym do 18% w przepięknym słońcu, dodatkowo rozgrzało. W mieście wpadliśmy do znanej lokalnej wytwórni rumu, gdzie mogliśmy pozwiedzać hale i zapoznać się w teorii z procesem wytwarzania tego lokalnego specjału. Dzień był piękny, okoliczności nadbrzeża Porto nie do końca sprzyjały chęci opuszczenia go. Tak więc zostaliśmy tu na dłuższą chwilę, którą poświęciliśmy na lunch, moczenie stóp w oceanie. Chillout.
Ale w końcu nadszedł czas, kiedy trzeba ruszyć dalej. Z Porto da Cruz musieliśmy się przebić przez wzgórza na tzw. drugą stronę wyspy. Trasa wiodła lokalnymi serpentynami w górę. Mając przez praktycznie całe 10km podjazdu (do 13-15% nachylenia) widok na ocean i pobliskie skały i klify. Bajecznie. Droga okupiona litrami potu, ale warto było. Na koniec podjazdu wylądowaliśmy na polance z piękną panoramą na ocean i Porto da Cruz. Zaraz za nią trafiliśmy na lokalną knajpkę znaną z pierwszego dnia naszej przygody u zbiegu drogi do Machico i Levady do Furado, którą wtedy jechaliśmy.
Dzień postanowiliśmy zakończyć zjazdem do Machico i chyba jedynej piaszczystej plaży na wyspie. Było kąpanie, była sangria. Część grupy postanowiła wrócić do Funchal rowerami. Ambitnie, bo niby tylko 30km, ale to Madera. Trochę czasu i sił im zabrało i dodało do profilu kolejne prawie 1000m przewyższenia 😉
Dzień zakończyliśmy zdając rowery do wypożyczalni, skąd wróciliśmy spacerem do hotelu na ostatnią tutaj już kolację. Nazajutrz czekał nas wylot do kraju.
Madera to wyspa, na którą trzeba pojechać. Jej zróżnicowanie terenowe, ocean, niesamowita przyroda robią kolosalne wrażenie. Jeśli dodać do tego optymalne stałe temperatury i co prawda zmienną pogodę (czasem słońce, czasem deszcz), ale zawsze znajdzie się taka strona wyspy na dany dzień, gdzie będzie świecić słońce. Wyrwanie się tam w porze największych naszych krajowych pogodowych szarówek – najlepsze.
Chcesz zobaczyć Maderę z siodełka na własne oczy? Sprawdź aktualną ofertę naszej wyprawy rowerowej na Maderę.