Sieć czterystu kilometrów oznakowanych szlaków na samym południowo-zachodnim krańcu Europy, dzikie klify Costa Vicentina i przylądek, który w średniowieczu uchodził za koniec znanego świata. W listopadzie 2025 piętnastoosobowa ekipa 80R przejechała Rota Vicentinę z Santiago do Cacém do Lagos: sześć dni jazdy, ponad 300 kilometrów i blisko 4 500 metrów przewyższenia — przez lasy dębów korkowych, portugalskie miasteczka i plaże smagane atlantyckim wiatrem. A oto jak to wyglądało dzień po dniu.
Przygodę zaczęliśmy tam, gdzie kończy się ląd — odprawa przed startem odbyła się na plaży, przy szumie oceanu. Potem krótka wizyta w lokalnym sklepie rowerowym po niespakowane gadżety, przerwa kawowo-deserowa i pożegnanie z asfaltem. Trasa wiła się między dębami korkowymi i kozimi pastwiskami, falując raz w górę, raz w dół. Emocji nie zabrakło: łańcuch w jednym z rowerów zerwał się dwa razy, a druga naprawa odbywała się w deszczu, pod dachem opuszczonego domu, którego strzegł ciekawski — na szczęście przyjazny — kozioł. Większość grupy zdążyła w tym czasie schronić się przed ulewą w lokalnym pubie. Końcówkę dnia pokonaliśmy w świetle latarek, a wieczór spędziliśmy wśród lokalsów w restauracji w centrum Cercal.
Dzień sponsorowały cyferki: 41 (km) · 610 (m przewyższenia) · 2 (zerwane łańcuchy) · 1 (przyjazny kozioł)
Zaraz za Cercal wbiliśmy się w offroadową drogę i już po pierwszym podjeździe zobaczyliśmy nagrodę: rozległą przestrzeń z oceanem w tle. Ten etap serwował strome, miejscami ponad dwudziestoprocentowe kamieniste podjazdy i zjazdy wymagające technicznych umiejętności. W São Luís — klimatycznym miasteczku z białą zabudową zdobioną niebieskimi akcentami — na ryneczek wjechały kawa i pastel de nata, kultowe portugalskie babeczki budyniowe. Był czas poczuć spokojny portugalski vibe: malutki targ ze świeżymi rybami, zaciekawieni lokalsi, zero pośpiechu. Dalej czekał przyjemny leśny odcinek z drewnianymi mostkami i przejazdem przez rzekę, obiad w Odemirze i finisz — ponownie z latarkami — w hotelu pod São Teotónio. Wieczorem hotelowe SPA i wspólna kolacja.
Dzień sponsorowały cyferki: 60 (km) · 1 075 (m przewyższenia) · 20 (% nachylenia najstromszych podjazdów)
Dzień zaczął się asfaltowym podjazdem do São Teotónio i kawą na ryneczku, a potem ruszyliśmy prosto nad wybrzeże. O ile wcześniej ocean słyszeliśmy głównie z oddali, o tyle tym razem dostaliśmy pełną dawkę doznań: wysokie klify, majestatycznie rozbijające się fale i przestrzeń, która nie pozwalała odpocząć aparatom. Znaczną część trasy pokonaliśmy kamienisto-szutrową drogą ciągnącą się górą klifów. Przerwa obiadowa wypadła w świetnie położonej restauracji tuż przy plaży — starczyło czasu na kąpiel w Atlantyku, spacer po piasku i chwilę zadumy przy hipnotyzujących falach. Z wybrzeżem pożegnaliśmy się w Zambujeira do Mar, a wieczorem znów czekały SPA i wspólna kolacja.
Dzień sponsorowały cyferki: 57 (km) · 500 (m przewyższenia) · 1 (kąpiel w Atlantyku)
Po śniadaniu przyjemna szutrowa trasa doprowadziła nas do Odeceixe, gdzie pośród pięknych białych domków trzeba było wdrapać się prawie sto metrów w górę. Prognozy nie zostawiały złudzeń, więc umówiliśmy się, że przerwę zrobimy tam, gdzie złapie nas deszcz — wypadło na ciacho i kawę w Rogil. Opady szybko ustąpiły i przez Aljezur popędziliśmy w kierunku oceanu, do fortu na klifie nad Arrifaną. Długa przerwa poszła na zdjęcia, obiad i wpatrywanie się w otchłań Atlantyku, a dodatkową atrakcją okazała się plaża — mekka surferów — na której ponownie zażyliśmy oceanicznych kąpieli. Wieczór upłynął na spokojnej integracji w hotelowym lobby.
Dzień sponsorowały cyferki: 50 (km) · 760 (m przewyższenia) · 100 (m wspinaczki uliczkami Odeceixe)
Ledwo wyjechaliśmy z hotelu, drogę przecięła nam… rodzina dzików, spacerująca jak po niedzielnym deptaku. My byliśmy zachwyceni, one kompletnie niezainteresowane. Potem szlak zaserwował swój klasyczny pakiet powitalny: klify, błękit Atlantyku i podjazdy, a nasza piętnastka w kolorowych kaskach wyglądała jak ruchomy element krajobrazu. Do Carrapateiry dotarliśmy w idealnej porze na lunch z widokiem na fale — to był ten moment, w którym człowiek myśli: „tak, to jest życie". Droga w stronę Cabo de São Vicente przypominała jazdę przez pocztówkę, choć wiatr regularnie przypominał, kto tu rządzi. Na przylądek — w średniowieczu uznawany za koniec znanego Europejczykom świata — wjechaliśmy dokładnie na złoty zachód słońca. Niebo płonęło, latarnia wyglądała majestatycznie, a my staliśmy tam jak zdobywcy końca Europy: trochę zmęczeni, trochę przetrzepani wiatrem, bardzo szczęśliwi.
Dzień sponsorowały cyferki: 66 (km) · 940 (m przewyższenia) · 15 (kolorowych kasków) · 1 (rodzina dzików)
Sagres to nie tylko nazwa portugalskiego piwa — to także początek ostatniego etapu naszej rowerowej pielgrzymki. Poranek przywitał nas pełnym słońcem, więc ruszyliśmy żwawo, z prostą misją: uciec przed nadciągającym deszczem. Po dwudziestu kilometrach zanurzyliśmy zmęczone nogi w chłodnych falach na jednej z dzikich plaż w okolicach Salemy. Ostatnie podjazdy pokonywaliśmy z uśmiechem, bo na mecie czekały portugalski dorsz i ciepłe pastel de nata. Finał był filmowy: ścianę deszczu na ostatnich dwóch i pół kilometrach pokonaliśmy już bez zatrzymywania. Mokrzy, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Lagos — na zasłużony relaks nad jedną z największych zatok Algarve.
Dzień sponsorowały cyferki: 40 (km) · 560 (m przewyższenia) · 2,5 (km w ścianie deszczu na finiszu)
Rota Vicentina ma wszystko, za co kochamy rowerowe wyprawy: dzikie wybrzeże, które co chwilę każe sięgać po aparat, szutrowe drogi przez lasy dębów korkowych, portugalskie miasteczka z kawą i pastel de nata oraz metę w miejscu, w którym Europa się kończy. Chcesz przeżyć to na własnych oponach? Zobacz aktualną ofertę wyprawy Rota Vicentina.