Zainspirowani Mattem Hunterem, postanowiliśmy...
Objechać Mont Blanc wkoło | Relacja
To był rok 2015... W jeden z zimowych wieczorów, mając więcej niż zwykle czasu, odpaliłem YT i wpadł mi przed oczy niezwykły filmik. Było w nim dwóch głównych aktorów. Pierwszy z nich to najwyższy szczyt Europy, a drugi również ważny to Matt Hunter, którego przedstawiać nie trzeba. W swoim filmiku pokazuje, jak objeżdża osławiony Mont Blanc. Dodatkowo robi to w cztery dni! Ja ze swoją ograniczoną pokorą dla wyzwań, stwierdzam, że skoro on może, to ja też dam radę. Jednak już od jakiegoś czasu wiem, że największą frajdą jest zabieranie innych na wyjazdy. Więc czemu nie zabrać na tę wyprawę innych uczestników oraz swojego najlepszego kumpla? Brzmi to jak plan, teraz trzeba go wcielić w życie! Na początku kolejnego roku szybki research, zrobienie oferty i zbieramy uczestników. Wyjazd zaplanowany na początek lipca. W szybkim tempie udało nam się zebrać ekipę 9 os. Nie mogliśmy się doczekać wyjazdu! Na szczęście czas sam płynie, nie musimy mu w tym pomagać. Nadeszła godzina "zero". Spakowani i zwarci ruszyliśmy w drogę...
Do pokonania mieliśmy drogę z Krakowa do Chamonix, czyli jakieś 1600 km. Trasa się dłużyła, ale emocje w grupie były wyczuwalne, oczywiście te pozytywne! Drogę pokonaliśmy i w godzinach popołudniowych zameldowaliśmy się w mekce wspinaczy, lotniarzy, hikerów i mountainbikerów. Już nie mogliśmy się doczekać, kiedy wsiądziemy na rowery i ruszymy w trasę!
Noc w schronisku szybko zleciała, po śniadaniu spakowaliśmy się w małe plecaki, do których zmieściliśmy wszystkie potrzebne rzeczy na najbliższe cztery dni kręcenia. Jakie było nastawienie? Bardzo pozytywne, z perspektywy czasu, aż nadto luźne... Ale to miało wyjść w praniu. Na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowane teoretycznie niecałe 40 km z wyciągiem na trasie, więc zapowiadał się znany wielu osobom mój "lajcik". Na początek postanowiliśmy się pokręcić po miasteczku. Być tutaj i nie zrobić sobie pamiątkowych fotek byłoby karygodne, więc Chamonix prezentowało się tak...
Tutaj moje serdeczne pozdrowienia do wszystkich uczestników wyprawy: Marcinosa (jeszcze to powtórzymy), Leszka, Tomka, Kuriana, Pawła, Łukasza, Marcina i drugiego Pawła - mam nadzieję jeszcze na wspólny wyjazd :) Po rundce po Chamonix wyruszamy na trasę! Towarzyszy nam extra pogoda. Pierwszy przystanek to Le Tour, czyli dolna stacja wyciągu, która pomoże nam wyjechać na wysokość ponad 2250 m n.p.m. Na tym odcinku towarzyszyły nam niesamowite widoki, piękna ścieżka i trasa poza jedną pomyłką przebiegała bez większych przygód. Zapowiadało się wyśmienicie... Jednak po przerwie na szczycie ruszamy dalej. Ślad i szlak pokazuje nam, że mamy jechać w połacie śniegu.... zmieniamy decyzję i wybieramy opcję szlaku pieszego... to był nasz błąd. Po krótkim odcinku przejezdnym, natrafiliśmy na stopnie. Niemożliwe do zjazdu, więc czekał nas spacer z rowerem jakieś na 1500 m n.p.m. W ten sposób dotarliśmy do miasteczka Le Peuty i witamy się ze Szwajcarią. Teraz czeka nas asfaltowy podjazd na przełęcz Forclaz. Robi się już popołudnie, okolice godziny 17:00. Ten spacer po schodach kompletnie nam rozwalił dzień. Oczywiście późne rozpoczęcie wyjazdu również okazało się błędnym podejściem. Lekcja pokory nr 1 za nami. Bierzemy to co jest na klatę i jedziemy dalej. Do wyboru mamy, albo wersję terenową i niewiadomą, co nas czeka po drugiej stronie góry, albo wersję asfaltową. Po tym co przeżyliśmy tego dnia i która była godzina, wybieramy plan B. Lepiej po ciemku jechać asfaltem niż być po ciemku w lesie i na górskich ścieżkach. Podsumowując ten dzień. Do schroniska dotarliśmy po 22:00, a w nogach z 40 km zrobiło się blisko 80 km, przy czym ostatnie kilkanaście kilometrów to była wspinaczka z poziomu 700 m na wysokość 1500 m n.p.m. do miejscowości Champex d'en haut. Zmęczeni, ale szczęśliwi udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Ten dzień nauczył mnie bardzo dużo. Jednak zawsze powtarzam, że to właśnie te niespotykane chwile, nazywane przygodą zapamiętujemy najdłużej! Jak miał pokazać wyjazd, to nie była ostatnia przygoda :)
Po porannym śniadaniu, pora na kolejny dzień przygody. Byliśmy podekscytowani. Dzień przywitał nas piękną pogodą. Trasa zapowiadała się wyjątkowo. Naszym celem była przełęcz Col de Ferret z wysokością ponad 2500 m n.p.m. I granica z Włochami, a nocleg w niesamowitym Schronisku Elena. Ale najpierw musieliśmy tam dojechać. Dzień rozpoczęliśmy od zjazdu i przejazdu obok Jeziora Champex, towarzyszyły nam piękne widoki. Ten wyjazd jest ogólnie fantastyczny, ponieważ w trakcie tych kilku dni towarzyszą nam najwyższe szczyty Europy i przejeżdżamy przez tereny trzech państw. Świetna przygoda. Za jeziorkiem odbiliśmy w mega stromy, utwardzony 30% zjazd. Zrobił on wrażenie chyba na każdym. W ten sposób zjechaliśmy do najniższego punktu dzisiejszej trasy, czyli wysokości 1100 m n.p.m. Jak łatwo policzyć czeka nas podjazd o różnicy wysokości rzędu 1400 m. Jazda zatem! Po 20 km zrobiliśmy sobie przerwę na obiad w miasteczku La Fouly. Po regeneracji ruszyliśmy w trasę. Trasa niezwykle malownicza. Mijający nas z góry górscy wędrowcy bili brawa i dopingowali dzielnych rowerzystów. Razem z grupą umówiliśmy się, że każdy jedzie swoim tempem i widzimy się w schronisku La Peule na wysokości 2 100 m n.p.m. Tak też się stało. Do tej pory towarzyszyły nam takie widoki...
Najlepsze jest w tym to, że w schronisku od kilku lat pracują nasi rodacy. Przesympatyczna rodzinka z dzieciaczkami spędza tak wakacje. Na wysokości 2100 metrów obsługując turystów w tak niezwykłych okolicznościach przyrody! MEGA sprawa. Przed nami ostatnie 400 metrów podjazdu i potem końcówka w dół do Schroniska Elena. Ostatnie metry były niesamowite. Po prostu kwintesencja kolarstwa górskiego. Trasa w większości przejezdna. Po prostu EKSTRA. Niesamowite jest to uczucie, kiedy masz świadomość, że realizujesz kolejne swoje marzenie i pomagasz w tym innym osobom. To właśnie dlatego organizuję wyprawy rowerowe! Przełęcz Col de Ferret ZDOBYTA! Po krótkiej przerwie i odpoczynku czekał nas "zjazd" a raczej niestety sprowadzanie rowerów. Jak się okazało, ten akurat odcinek jest praktycznie nieprzejezdny. Trzeba by się wykazać ogromnymi zdolnościami technicznymi, a czasami trialowymi, aby pokonać ten odcinek. Końcówkę udało nam się zjechać. I w godzinach popołudniowych dotarliśmy do schroniska, gdzie zakończyliśmy go, jak przystało na Włochy, spaghetti i winem.
Mimo sali kilkuosobowej zasnęliśmy dość szybko, ale jak to po winku dopadła nas niesamowita "głupawka" i praktycznie płakaliśmy ze śmiechu wspominając dotychczasowe przygody. Przed nami ostatnie dni wyjazdu. Na początek po śniadaniu i pamiątkowych zdjęciach rozpoczęliśmy jazdę od długiego, bardzo przyjemnego zjazdu, który liczył praktycznie 18 km i zaprowadził nas do miejscowości Courmayeur. Po cichu liczyliśmy na wsparcie jakiegoś wyciągu, bo już wszyscy mieliśmy trochę dość walki na podjazdach. Jednak na nasze szczęście wyciąg był uruchamiany dopiero nazajutrz. Na początku nas to zmartwiło, bo czekał nas dość ciężki dzień, ale jak to się potem okazało trasa była po prostu FANTASTYCZNA! Nigdy w życiu nie chcielibyśmy wsiąść do gondoli, bo wtedy ominęłyby nas te widoki. Przed nami była kolejna przełęcz. Tym razem Col de la Seigne o wysokości 2515 m n.p.m. i punkt kulminacyjny był na 39 km naszej trasy. Każdy liczył, że tym razem to co podjedziemy odzyskamy jakimś kultowym zjazdem. Czy tak było? To się okaże już niebawem ;)
Wcześniej jednak czeka na nas wspaniała trasa w towarzystwie Mt Blanc przykrytego charakterystyczną chmurką oraz lodowców takich jak Ghiacciaio del Miage. Ten etap rozpoczął się ostrym podjazdem asfaltowym, który przeszedł w leśną ścieżkę, a następnie górski szlak praktycznie w 100% przejezdny. W towarzystwie niezwykłych okoliczności przyrody dotarliśmy do Schroniska Elisabetta Soldini. Na tym etapie zmodyfikowaliśmy naszą trasę i skróciliśmy ją o jeden podjazd, aby móc cieszyć się tym co tutaj napotkaliśmy. Po lasagni w schronisku udaliśmy się, aby zdobyć przełęcz. Udało się! Kolejna przełęcz powyżej 2500 m za nami! Po pamiątkowych zdjęciach i filmikach ruszyliśmy w GENIALNY zjazd. Był maksymalny flow, a ścieżkę przebiegały nam świstaki. Czy można sobie wymarzyć coś więcej? W ten sposób wróciliśmy do Francji. A na nocleg po kolejnym mega fantastycznym zjeździe, brodzeniu w strumieniach górskich i pokonaniu odcinka uwiecznionego w filmiku Matta Huntera, zatrzymaliśmy się w Schronisku de la Nova, gdzie czekała na nas najlepsza strawa tego wyjazdu. Po dniu pełnym wrażeń, zadowoleni z widoków, zjazdów szybko zasnęliśmy, aby odpocząć przed ostatnim dniem naszego wyzwania... a nie wiedzieliśmy co nas czeka.
O poranku czuliśmy już zmęczenie po trzech dniach wymagającej jazdy. Po oczyszczeniu rowerów, spakowaniu się oraz sytym śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Na początek i rozgrzewkę mieliśmy 9 km podjazd na 2000 m n.p.m., czyli Cormet de Roselend. Następnie również asfaltowy zjazd do Jeziora Roselend. Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się na espresso, gdzie spotkaliśmy lokalnych rowerzystów i podpytaliśmy się o trasę. Jak się dowiedzieli, że planujemy dotrzeć dzisiaj do Chamonix, to chwytali się za głowę i mówili, że to niemożliwe. Co to znaczyło dla nas? Że czeka niesamowita przygoda. Po weryfikacji planów czekała na nas taka mniej więcej trasa: zjazd na 1605 m n.p.m., a następnie wspinaczka po wymagającej trasie, która w sporej części była wypychem na przełęcz Bonhomme o wysokości ponad 2300 m n.p.m. Jak wyglądała ta trasa? Mniej więcej tak:
Z przełęczy czekał nas po prostu bajeczny zjazd, który na początku był dość wymagający, jednak potem to była czysta frajda. W ten sposób zjechaliśmy do Les Contamines-Montjoie. Przedpołudniowy wypych zostawił w nas ślad, po przerwie ruszyliśmy dalej. Zjechaliśmy na wysokość 1000 m n.p.m., a przed nami był ostateczny podjazd na 1650 m n.p.m. czyli Col de Voza. Podjazd był "pieronsko" stromy, ale daliśmy radę. Kolejny etap to już był zjazd w kierunku Chamonix. Po 67 km dotarliśmy do naszego busa. Tego dnia pokonaliśmy 2270 m w górę i 2774 m w dół. Na zakończenie wyjazdu udaliśmy się na pyszną pizzę, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.
WAŻNE: po tym wyjeździe, trasa objazdu wkoło Mont Blanc została zmodyfikowana tak, aby była jak najbardziej przejezdna. Została przede wszystkim wydłużona o jeden dzień. Chcesz przeżyć taki wyjazd? Zapoznaj się z naszą ofertą tutaj (link) A na koniec zapraszam do obejrzenia filmiku z naszej wyprawy: