Za nami TransAlp Como Route 2026 — sześć dni jazdy enduro MTB przez Alpy trzech krajów: z austriackiego St. Anton, przez Szwajcarię, aż nad włoskie jezioro Como. Były wysokie przełęcze i techniczne single, kultowy wąwóz Val d’Uina, burza nad Passo Trela i finał z szampanem nad brzegiem Como. Poniżej pełna relacja, dzień po dniu — tak jak działa się na trasie.
Podróż busem z Polski do St. Anton poszła wyjątkowo gładko, a dłuższą przerwę w Salzburgu wykorzystaliśmy w stu procentach. Najpierw wjechał klasyczny austriacki obiad, a potem szybkie zwiedzanie niesamowitego Hangaru Red Bulla. ✈️
Prawdziwa jazda zaczęła się jednak rano, kiedy oficjalnie wystartowaliśmy z naszą rowerową przygodą. Podjazd na Verbellner Winterjöchli od razu i bardzo skutecznie przypomniał nam, że grawitacja w Alpach działa wyjątkowo sumiennie. Na szczęście widoki dookoła były tak dobre, że człowiek na chwilę zapominał o piekących nogach. ⛰️🔥
W schronisku Heilbronner Hütte zrobiliśmy dłuższą pauzę, żeby naładować baterie, nacieszyć się piękną pogodą i przetestować tamtejszą kuchnię. Stamtąd ruszyliśmy dalej — najpierw sympatycznym, stromo opadającym szutrem w stronę Stausee Kops, a chwilę później czekał już na nas pierwszy singiel, czyli Alpkogel Trail. Flow było tak dobre, że banan z twarzy nie schodził nawet wtedy, gdy amortyzatory dostawały solidny wycisk. 🤘
Końcówka trasy do Ischgl wzdłuż rzeki Trisanna pozwoliła już spokojnie odetchnąć i zrzucić tętno. Pierwszy dzień zamknęliśmy z pełnym sukcesem: rowery całe, my też, a humory dopisywały. Zasłużony finał? Wspólna kolacja w samym centrum Ischgl. 🍻
Są takie dni, po których człowiek wie, że był w Alpach. I to nie tylko dlatego, że ma zdjęcia. 😅 Tego dnia Alpy sprawdziły nas naprawdę porządnie.
Poranek przywitał nas słońcem, więc z dobrym humorem ruszyliśmy do dolnej stacji Silvrettabahn w Ischgl. Gondola oszczędziła nam kilkaset metrów przewyższenia, ale tylko po to, żeby chwilę później oddać je z nawiązką. Długi podjazd do Heidelberger Hütte był solidną rozgrzewką. Po dłuższej przerwie i obiedzie ruszyliśmy na Fimberpass — 2608 m n.p.m.
I wtedy skończyły się żarty. Stroma, kamienista ścieżka co chwilę zmuszała do pchania roweru, a po naszej ekipie niosło się chyba najbardziej rozpoznawalne polskie słowo na „k”… 😅
Nagrodą był fantastyczny zjazd. Techniczny, kamienisty, wymagający i z widokami, które skutecznie odciągały uwagę od przepaści obok. Część ekipy miała nawet niecodziennych kompanów — stado krów, które najwyraźniej też lubi ostre MTB.
Po uzupełnieniu płynów u podnóża przełęczy ruszyliśmy dalej. Były wiszące mosty nad La Branclą, wymagające single i szybkie trawiaste odcinki, które wywoływały szeroki uśmiech. Dzień zakończyliśmy w szwajcarskim Scuol — zmęczeni, zakurzeni i zgodni co do jednego: na wspólną kolację siły zawsze się znajdą. 🍻
Prognozy straszyły deszczem, więc kurtki przeciwdeszczowe pojechały z nami na wycieczkę… i wróciły praktycznie nieużyte. Za to my nie mogliśmy narzekać na brak atrakcji.
Początek prowadził doliną rzeki Inn, a później przyszło główne wyzwanie dnia – wąwóz Uina. Około 13 km podjazdu i blisko 1200 m przewyższenia oznaczało nie tylko podjazd, ale też obowiązkowy „pchazd”. 😅
Po krótkim odpoczynku w schronisku Uina Dadaint, do którego doprowadził nas stromy szuter, zaczęła się prawdziwa alpejska przygoda. Wąska ścieżka wykuta w skale, tunele, łańcuchy i odcinki, na których rower częściej był na ramieniu niż pod nami. Brzmi ciężko? Było. Ale widoki sprawiały, że co kilka minut człowiek zapominał o zmęczeniu.
Na obiad zatrzymaliśmy się w Sesvennahütte, a później przyszła długo wyczekiwana nagroda – szybki, momentami stromy zjazd szutrami i świetny trawiasty singiel prowadzący w stronę Malles Venosta.
Wieczorem tradycji stało się zadość – włoska kuchnia, pełne talerze i zgodny werdykt całej ekipy: takie kalorie się nie liczą. 🍕🍝🇮🇹
Król etapu. Nogi pytały „dlaczego?”, widoki odpowiadały „dlatego!” Najdłuższy dzień całego wyjazdu i jednocześnie ten z największą liczbą kilometrów oraz przewyższeń. Krótko mówiąc – lekko nie było.
Początek był całkiem niewinny – asfalt, który dość szybko zamienił się w szutrowe drogi z niemałymi przewyższeniami. Pierwszy dłuższy przystanek zaplanowany mieliśmy przy naszym busie serwisowym. Arbuz, pomarańcze i melon zniknęły błyskawicznie, bo po 17 km mieliśmy już ponad 500 m podjazdu, a słońce nie zamierzało odpuszczać.
Prawdziwa zabawa zaczęła się na podjeździe pod Passo Trela (2295 m n.p.m.). Dziesięć kilometrów mozolnego wspinania, miejscami tak stromo, że nawet rower chciał odpocząć od jazdy. Jakby tego było mało, Alpy dorzuciły własny pakiet atrakcji – burzę z ulewnym deszczem. Zjazd w kierunku jezior Lago di San Giacomo i Lago di Cancano zrobił się zdecydowanie bardziej emocjonujący, niż planowaliśmy. 🌧️😅
Przemoczeni dotarliśmy do Rifugio Val Fraele, gdzie mimo sjesty gospodarz uratował sytuację talerzem gorącego spaghetti i herbatą dla każdego z nas. To był zdecydowanie najlepszy posiłek dnia. Na szczęście pogoda szybko się poprawiła, więc przez Passo Trela ruszyliśmy w stronę Livigno. Wysiłek na podjeździe, kapitalne widoki i świetny zjazd sprawiły, że ten etap na długo zostanie w pamięci.
Wieczorem? Już bez niespodzianek – kolacja, regeneracja i oglądanie półfinału mistrzostw świata Argentyna–Anglia. 🙂
Drugi raz na wyprawie dzień zaczęliśmy od kolejki – gondola Mottolino w Livigno wywiozła nas wysoko w góry. Dzięki temu od samego rana mogliśmy skupić się na tym, co lubimy najbardziej – świetnych singlach.
Panoramica Trail przywitał nas pięknymi widokami i sporą ekspozycją, więc uśmiech mieszał się z pełnym skupieniem. Po krótkim postoju w klimatycznej chatce dla wędrowców ruszyliśmy dalej. Były techniczne odcinki, było szybkie flow i oczywiście… nie mogło zabraknąć kolejnego solidnego podjazdu na Passo di Livigno (2315 m n.p.m.). Alpy konsekwentnie przypominały, że za każdy zjazd trzeba wcześniej lub później zapłacić. 😅
Na przełęczy uzupełniliśmy kalorie pyszną włoską kuchnią, a potem objechaliśmy Lej da Piz Lagalb – ścieżką z widokiem na majestatyczny Piz Bernina, najwyższe pasmo Alp Wschodnich. Trudno było zdecydować, czy częściej patrzeć przed koło, czy na panoramę.
Końcówkę dnia umilała nam trasa biegnąca wzdłuż słynnej linii Bernina Express. Czerwony pociąg co chwilę pojawiał się w tle, jakby specjalnie pozował do zdjęć. Dzień zakończyliśmy w szwajcarskiej Celerinie. Po kolacji jeszcze krótki spacer po miasteczku i tylko jedna myśl: szkoda, że ta przygoda powoli zbliża się do końca. 🇨🇭
Ostatni dzień zapowiadał się interesująco: ponad 100 km jazdy plus napawający optymizmem profil trasy – około 1390 m w górę i prawie 2800 m w dół. W końcu coś dla grawitacji! 🔥
Po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się nad jeziorem w St. Moritz, gdzie zgodnie z naszą codzienną tradycją zrobiliśmy krótką rozgrzewkę. Dalej prowadziły nas głównie szutry, a trasa przyjemnie przeplatała podjazdy ze zjazdami.
Przy Lej Giadina czekał na nas dobrze już znany bohater wyprawy – bus serwisowy z arbuzem i innymi świeżymi owocami. Po takim bufecie można było ruszać dalej, zwłaszcza że chwilę później wpadliśmy w serię ostrych asfaltowych serpentyn… na szczęście prowadzących w dół. 😎
Kolejna część etapu była prawdziwą esencją Alp – klimatyczne miejscowości, leśne drogi, single, szutry, pionowe skalne ściany, a w międzyczasie przekroczenie granicy z Włochami.
Na sam koniec pozostał już spokojny, płaski odcinek prowadzący prosto do jeziora Como. Przez kilka kilometrów jechaliśmy tuż nad jego brzegiem, chłonąc ostatnie widoki tej niezwykłej wyprawy. Kilka dni wcześniej patrzyliśmy na mapę, a teraz staliśmy nad jeziorem Como. Szampan, wspólne zdjęcia i kąpiel były idealną klamrą spinającą całą wyprawę. TransAlp Como Route 2026 zostanie z nami na długo. 🚵🏔️
Wyprawa wraca w kolejnym sezonie – szczegóły, program dzień po dniu i terminy czekają w ofercie TransAlp — przez Alpy nad jezioro Como.