Kirgistan to kraina gór – ponad 90% powierzchni kraju leży powyżej 1500 m n.p.m., a nad wszystkim górują łańcuchy Tien-szanu. Do tego bezkresne stepy, po których luzem biegają stada koni, jurty pasterzy, poradzieckie szlaki i gościnność, jakiej w Europie już się nie spotyka. Właśnie tam zabieramy rowery na 12-dniową wyprawę przygodową: osiem etapów w siodle, transfery busem między nimi, bagaże przewożone, a noclegi w hotelach, pensjonatach i – co najważniejsze – w jurtach nad wysokogórskim jeziorem. Brzmi jak inny świat? Bo to jest inny świat. Oto jak wygląda ta przygoda, etap po etapie.
Po dolocie do Biszkeku, skompletowaniu rowerów i zwiedzeniu stolicy (bazar Osz, plac Ala-Too, kolacja z lokalnymi specjałami – beszbarmak, manty i płow trzeba spróbować choć raz) ruszamy w teren. Krótka podwózka i na rozgrzewkę dostajemy nie byle co – 18-kilometrowy podjazd. Widoki od pierwszych kilometrów wynagradzają każdy obrót korbą: góry, przestrzeń i natura, od której nie da się oderwać oczu.
Tuż przed miejscowością Chetendy zaczynamy długi zjazd – kręte serpentynki prowadzą w dół aż nad rzekę Ama, gdzie w cieniu przy strumyku zatrzymujemy się na lunch. Kolejny, łagodniejszy już odcinek wiedzie przez malownicze okolice aż do wieży Burana – jednego z najważniejszych zabytków Kirgistanu, pamiątki po czasach, gdy biegł tędy Jedwabny Szlak.
Trud, radość z jazdy i spotkanie z historią – a to dopiero początek przygody w tej niezwykłej krainie.
Rano szybki przystanek w Kochkor na zakupy, a potem ruszamy starym poradzieckim szlakiem, mijając klimatyczne wioski i podziwiając krajobrazy, które dosłownie zapierają dech w piersiach.
Na lunch zatrzymujemy się przy jednym z gospodarstw – jedyne drzewa w okolicy dają wymarzony cień i chwilę wytchnienia. A po południu czeka nas najpiękniejsza niespodzianka tego dnia: odpoczywając przy rzece zostajemy zaproszeni przez lokalną rodzinę na herbatę. Gościnność gospodarzy przerasta wszelkie oczekiwania – filiżanki „czaju" napełniają się szybciej, niż jesteśmy w stanie je opróżniać.
Tak kończy się dzień pełen przygód i spotkań, których nie zaplanuje żaden program wyprawy.
Ten etap zdecydowanie zapisuje się w pamięci jako jeden z najbardziej wymagających – ale i najbardziej spektakularnych. Po śniadaniu wskakujemy na rowery i jedziemy wzdłuż niewielkiego pasma górskiego, by zmierzyć się z kulminacyjnym podjazdem na przełęcz Shilbili (3258 m n.p.m.). 13 kilometrów ostrego kręcenia i prawie kilometr przewyższenia – nogi płoną, ale widoki wynagradzają wszystko.
Na górze czeka nagroda: lunch w niesamowitych okolicznościach przyrody, obowiązkowa sesja foto i szalony zjazd w kierunku jeziora Son-Kul (3016 m n.p.m.) – jednego z najwyżej położonych jezior Azji Środkowej. Droga prowadzi w dół przez wzgórza, a wokół bezkresne stepy, które od setek lat są domem pasterzy i ich stad koni, owiec i krów.
Wieczorem docieramy do obozu nad samym brzegiem jeziora. Śpimy w jurtach – ogrzanych i przygotowanych tak, że mimo chłodu na zewnątrz w środku jest przytulnie jak w górskiej bajce. Dla wielu z nas ta noc to nowy życiowy rekord wysokości.
Po śniadaniu ruszamy dalej wzdłuż magicznego jeziora. Mniejsza ilość tlenu i rześka temperatura dają się trochę we znaki – trzeba się dobrze rozgrzać, zanim ruszymy pełną parą w kierunku słynnej przełęczy 33 Parrots Pass, której nazwa pochodzi od 33 nawrotów serpentyn.
Do samej przełęczy prowadzi solidny podjazd, ale warto: ze szczytu roztacza się wspaniały widok na dolinę, a w dół prowadzą serpentyny, które dosłownie odbierają dech. Zanim zjeżdżamy na dobre, zbaczamy jeszcze z trasy do przepięknego wodospadu. Lunch jemy niżej, nad rzeką, zbierając siły na ostatni, bardzo wymagający podjazd dnia.
Tu należy się honorowa wzmianka dla jednego z uczestników, który zamiast kręcić serpentyny, dzielnie prowadząc rower… poszedł na skróty. Determinacja poziom HARD! Efekt: cała grupa po raz kolejny przekracza wysokość 3000 m n.p.m. Zbliżająca się burza nie pozwala za długo napawać się widokami – szybki zjazd doliną i zasłużony nocleg. Takie dni zostają w pamięci na długo.
Kolejny etap prowadzi przez kanion Eki-Naryn – miejsce o niezrównanym, nietkniętym pięknie, rzadko odwiedzane przez turystów. To ekscytująca jazda wąską, kamienistą drogą tuż nad głębokim kanionem porośniętym świerkami i jałowcami. Po wyjechaniu z kanionu toczymy się przez rozległą dolinę, a wieczorem wracamy na nocleg do pensjonatu w Kochkor.
Przed nami najdłuższy odcinek rowerowy trasy – ale wcale nie najtrudniejszy. Droga stopniowo prowadzi przez góry na przełęcz Semiz-Bell (2700 m n.p.m.), skąd czeka nas fantastyczna jazda w dół przez rozległą górską dolinę. Po wspięciu się na jeszcze jedną przełęcz zjeżdżamy i utwardzoną drogą, przez wioski i pola, dotaczamy się do obozu jurtowego w Jaichy.
Ten etap zaczyna się spokojnie – zwartą grupą ruszamy w stronę kanionu Ak-Sai. Droga prowadząca między fantazyjnymi formacjami skalnymi robi niesamowite wrażenie i doprowadza nas prosto nad turkusowe wody jeziora Issyk-Kul – po jednej stronie woda, po drugiej panorama ośnieżonych szczytów.
Krótka chwila relaksu na plaży pozwala złapać oddech, a lunch w bajecznej miejscówce tuż nad wodą dodaje sił przed dalszą drogą. Do Bokonbaev, gdzie nocujemy, jedziemy już „lekko" pod górę – oczywiście w kirgiskim wydaniu oznacza to całkiem solidne podjazdy.
Wieczór upływa w iście cywilizowanych warunkach: kawa w lokalnej kawiarni, szybkie zakupy i przygotowania do wieczornego biesiadowania. Kirgistan zaskakuje na każdym kroku – raz surową naturą, raz ciepłem spotkań.
Przerwa od rowerów – ale nie od przygód. Po szybkim śniadaniu bus zabiera nas do kanionu Skazka, zwanego Bajkowym. I naprawdę, nazwa mówi sama za siebie: kilka godzin trekkingu pośród piaskowych formacji, które wyglądają jak z innej planety – natura ułożyła tu skały tak niezwykłe, że trudno uwierzyć, iż nie stworzył ich artysta. Do tego widok na turkusowy Issyk-Kul w tle.
Mówią, że z tym miejscem wiąże się pewna legenda… ale żeby ją poznać, trzeba odwiedzić Skazkę samemu.
Dzień zaczynamy – a jakże – od solidnego podjazdu. Na górze czeka jednak nagroda: mała kawiarenka z aromatyczną kawą i widokiem, który zapiera dech – prosto na majestatyczną Górę Siedmiu Byków (Jeti-Ögüz) i słynne skały Złamanego Serca.
Dalsza trasa prowadzi przez malowniczą dolinę, w której swobodnie biegają dziesiątki, a może i setki koni. Wjazd na kolejny szczyt daje w kość, ale finał wynagradza wszystko – Wielki Czerwony Kanion i długi zjazd w stronę noclegu. Kirgistan zachwyca każdego dnia coraz bardziej.
Na pożegnanie z kirgiskimi górami zostawiamy sobie przejazd przez wąwóz Semenov – z wizytą przy dwóch górskich jeziorkach – i ekscytujący zjazd wąwozem Grigoriev. Stamtąd trafiamy do Cholpon-Ata, miejscowości wypoczynkowej nad Issyk-Kul, gdzie przed powrotem do Biszkeku można jeszcze zanurzyć się w gorących basenach. Wieczorem uroczysta kolacja pożegnalna – i głowy pełne planów na kolejne przygody.
Kirgistan nie jest taki, jak myślisz. Jedziesz po MTB i ciężkie góry, a dostajesz coś znacznie więcej: przestrzeń większą niż na większości europejskich tras, konie biegające luzem po stepie, noclegi w jurtach i ludzi, których gościnność zawstydza. To nie jest wyprawa dla tych, którzy chcą tylko jechać – to wyprawa dla tych, którzy chcą coś przeżyć.
Chcesz zobaczyć krainę gór na własne oczy? Zapoznaj się z naszą ofertą (link)