Sahara to pustynia, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Ale dopóki nie stanie się samemu na jej piaszczystych wydmach z rowerem pod sobą, trudno pojąć, jak bardzo to miejsce potrafi zaskoczyć. Nasza tegoroczna grupa wyruszyła w głąb marokańsko-algierskiego pogranicza, gdzie surowy klimat, bezkresne przestrzenie i pustynne szlaki karawan złożyły się na osiem dni niezapomnianej przygody. Oto jak wyglądała tegoroczna, lutowa edycja Sahara Expedition, dzień po dniu.
W godzinach porannych wystartowaliśmy z Warszawy i polecieliśmy do Marrakeszu, gdzie zanocowaliśmy w okolicach słynnego rynku Jemaa el Fna. Był czas na pierwszy spacer po tej części miasta i zapuszczenie się w zakamarki tradycyjnej zabudowy — najlepsza rozgrzewka przed tym, co czekało nas na pustyni.
Po śniadaniu spakowaliśmy się do busa i ruszyliśmy w stronę pustyni. W kempingu naszych gospodarzy czekała tradycyjna kolacja, a po niej pierwszy, krótki rowerowy wypad do pobliskiego miasteczka — na rozruszanie nóg przed właściwą częścią wyprawy.
Pierwszy pełny dzień na rowerach — startujemy bezpośrednio z kempingu w Mhamid. To jeszcze nie głęboka Sahara, ale adaptacja do terenu, klimatu i rytmu pustyni.
Pętla wokół miasteczka poprowadziła nas przez jego obrzeża — gliniane zabudowania, wąskie uliczki i charakterystyczną architekturę południowego Maroka. Zatrzymaliśmy się przy Ksar (Kjar) Mhamid — tradycyjnej, fortyfikowanej osadzie zbudowanej z ubijanej ziemi, jednej z tych, które od wieków pokazują, jak żyło się na granicy pustyni.
Nie mogło się też obyć bez podjazdu na przełęcz obok Tajin Mountain, skąd rozpościerał się niesamowity widok. Po obowiązkowej sesji foto zjechaliśmy z powrotem do kampu.
Wreszcie nadszedł moment, na który wszyscy czekali — opuszczamy Mhamid i wjeżdżamy w prawdziwą Saharę. Koniec asfaltu, koniec „rozgrzewki". Zaczyna się pustynia.
Poranek w kampie spokojny, ale czuć było koncentrację — pakowanie bagaży, uzupełnianie wody, sprawdzanie ciśnienia w oponach. Teren okazał się bardziej wymagający: dłuższe odcinki szutru, kamienista hamada i pierwsze poważniejsze fragmenty piachu.
Im dalej, tym bardziej surowy robił się krajobraz — znikały zabudowania, znikały palmy, zostawała tylko ogromna, otwarta przestrzeń. Po południu na horyzoncie zaczęły się rysować większe wydmy oraz migocząca w oddali oaza Sacree — nasz dzisiejszy cel. Dotarliśmy zmęczeni i szczęśliwi. Namioty rozstawione wśród palm, a herbata miętowa smakowała jak nigdy wcześniej.
Dziś pustynia zafundowała nam coś zupełnie innego niż wydmy i piach — ruszyliśmy w stronę wyschniętego jeziora Iriki, ogromnej, płaskiej przestrzeni, która wygląda jak naturalne lotnisko na końcu świata. Twarda nawierzchnia i wiatr w plecy pozwoliły jechać w tempie, o jakim w miękkim piachu można tylko pomarzyć.
W samym sercu tej pustynnej przestrzeni czekał punkt kultowy — restauracja Titanic. Krótki postój na orzeźwienie i słynne frytki, o których krążą legendy wśród uczestników poprzednich edycji. Po kilku dniach pustynnej jazdy smakowały jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji.
Po południu krajobraz zaczął się zmieniać — na horyzoncie pojawił się surowy, skalisty masyw Jebel Nqjiba, gdzie zakończyliśmy dzisiejszy etap.
Po noclegu w okolicach masywu Jebel Nqjiba ruszyliśmy dalej na północ, w stronę Foum Zguid — jednego z tych miejsc na pustynnej mapie Maroka, które od lat stanowi ważny punkt dla podróżników i lokalnych przewodników.
Po drodze odwiedziliśmy tzw. Małą Oazę, ukrytą pomiędzy wzgórzami — naturalny punkt odpoczynku, z ruin dawnej bazy geologów rozciąga się imponujący widok na dolinę Ouled Draa. Dalsza trasa to najpierw szybki, szutrowy odcinek, a później bardziej wymagający fragment wijący się wśród pustynnych skał — technicznie, ale bardzo satysfakcjonująco.
Wieczorem, po dotarciu do Foum Zguid, był jeszcze czas na spacer po miasteczku — małe sklepiki, lokalne knajpki i zupełnie inny klimat niż pustynna cisza, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.
Ostatniego dnia rowerowania podzieliliśmy ekipę na dwie części. Zaczęliśmy wspólnie od zdobycia wzgórza w okolicy Foum Zguid, by zeksplorować ruiny starego miasteczka i podziwiać widok na dolinę Draa. Jedna grupa ruszyła dalej na zwiedzanie okolicy i samej osady, druga postanowiła sprawdzić nowe pustynne szlaki — i przy okazji przetestować szybkość wymiany dętki w polowych warunkach (poszło jak na pit stopie Formuły 1).
Wieczorem, po spakowaniu rowerów, był jeszcze czas na ostatni spacer po Foum Zguid — zakupy, lokalna knajpka, zwykły spacer. Każdy znalazł coś dla siebie.
Wczesnym rankiem, około godziny 5:00, spakowaliśmy wszystkie bagaże i udaliśmy się na lotnisko, skąd wystartował nasz samolot do Polski — z głową pełną wspomnień o pustynnej ciszy, wydmach i smaku frytek na środku jeziora Iriki.
Chcesz przejechać pustynne szlaki Maroka na własnym rowerze? Zapoznaj się z naszą ofertą Maroko | Sahara i dołącz do kolejnej edycji tej wyprawy rowerowej przez marokańską Saharę.