Dostosuj preferencje dotyczące zgody
Używamy plików cookie, aby pomóc użytkownikom w sprawnej nawigacji i wykonywaniu określonych funkcji. Szczegółowe informacje na temat wszystkich plików cookie odpowiadających poszczególnym kategoriom zgody znajdują się poniżej. Pliki cookie sklasyfikowane jako „niezbędne” są przechowywane w przeglądarce użytkownika, ponieważ są niezbędne do włączenia podstawowych funkcji witryny. Korzystamy również z plików cookie innych firm, które pomagają nam analizować sposób korzystania ze strony przez użytkowników, a także przechowywać preferencje użytkownika oraz dostarczać mu istotnych dla niego treści i reklam. Tego typu pliki cookie będą przechowywane w przeglądarce tylko za uprzednią zgodą użytkownika. Można włączyć lub wyłączyć niektóre lub wszystkie te pliki cookie, ale wyłączenie niektórych z nich może wpłynąć na jakość przeglądania.
Niezbędny
Niezbędne pliki cookie mają kluczowe znaczenie dla podstawowych funkcji witryny i witryna nie będzie działać w zamierzony sposób bez nich. Te pliki cookie nie przechowują żadnych danych umożliwiających identyfikację osoby.
Funkcjonalny
Funkcjonalne pliki cookie pomagają wykonywać pewne funkcje, takie jak udostępnianie zawartości witryny na platformach mediów społecznościowych, zbieranie informacji zwrotnych i inne funkcje stron trzecich.
Analityka
Analityczne pliki cookie służą do zrozumienia, w jaki sposób użytkownicy wchodzą w interakcję z witryną. Te pliki cookie pomagają dostarczać informacje o metrykach liczby odwiedzających, współczynniku odrzuceń, źródle ruchu itp.
Występ
Wydajnościowe pliki cookie służą do zrozumienia i analizy kluczowych wskaźników wydajności witryny, co pomaga zapewnić lepsze wrażenia użytkownika dla odwiedzających.
Reklama
Reklamowe pliki cookie służą do dostarczania użytkownikom spersonalizowanych reklam w oparciu o strony, które odwiedzili wcześniej, oraz do analizowania skuteczności kampanii reklamowej.

Warning: Undefined variable $customClass in /home/mk80r/domains/80r.pl/public_html/wp-content/themes/erizo/single.php on line 10

Kiedy dowiedziałam się, że jadę do Portugalii na Rotę Vicentinę nie posiadałam się z radości. Zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu zapoznając się z mapą, planowaną trasą i informacjami o tej historycznej i jednej z najpiękniejszych w Europie tras podróżniczych. Perspektywa wyrwania się z zimnego listopada, ciemnej aury w której każdy kolejny dzień jest krótszy… do słonecznego ciepłego kraju była bardzo przyjemna. Na wyprawę wybierałam się w roli drugiego wspierającego przewodnika. Byłam ciekawa ekipy i tego co nas spotka. To czego doświadczyłam przerosły wszelkie oczekiwania. Wyjazd zaliczam do najpiękniejszych w życiu. Przekonajcie się dlaczego... 15 osobową ekipą wyruszyliśmy z Lizbony, by podążając szlakiem Rota Vicentina dotrzeć do najdalej na południowy zachód wysuniętego miejsca w Europie – przylądka św. Wincentego. Nasza przygoda trwała 8 dni.

Dzień 1 | Podróż

Startowaliśmy z Katowic. Na lotnisku wraz z Konradem, drugim przewodnikiem spotkaliśmy się z ekipą dużo wcześniej, gdyż w planie było spakowanie rowerów do samolotu. Kondzio przygotował już swój rower jako przykład do odwzorowania i po kolej zabraliśmy się za wszystkie dwukołowce. Poszło sprawnie, zastosowaliśmy taśmę stretch, którą ciasno obwijaliśmy  każdy rozkręcony i zabezpieczony rower. Do środka chowaliśmy jedną sakwę druga robiła za bagaż podręczny. W ekipie 80-tki jesteśmy zwolennikami minimalistycznego pakowania się na wyprawy i tutaj ta zasada była wręcz konieczna gdyż cały bagaż mieliśmy wozić ze sobą. Podczas tego rozkręcania, owijania, spinania i zabezpieczania mieliśmy pierwsza fazę integracji za nami. Lot upłynął sprawnie i szybko, po 4 h byliśmy w Portugalii.

Po odebraniu bagaży i rowerów, zajęliśmy się ich złożeniem, szybkim przeglądem sprzętu. Wszystko było ok to w drogę na nocleg, który mieliśmy w samym centrum Lizbony. Mimo późnej pory pojawiła się ochota wyjścia na miasto. Okazało się, że w bardzo bliskiej lokalizacji jest restauracja wymieniana w każdym przewodniku o Lizbonie. Marisqueira Do Lis słynąca z śródziemnomorskiej kuchni i wyśmienitych owoców morza. Cóż za szczęście. Nie mogło nas tam zabraknąć! Wypiliśmy toast za udaną podróż i zjedliśmy małe co nieco.

Dzień 2 | Obłędny zapach – pierwsze wrażenia

Po smacznym śniadaniu i spakowaniu zapakowaliśmy nasze rowery i bagaże do wynajętego busa, który zawiózł nas do punktu startu czyli miejscowości – Grandola. Tym samym szybko wydostaliśmy się z wielkiego ulicznego ruchu. Po dotarciu do miejsca startu odprawa, przedstawienie trasy i w drogę! Pierwsze co uderzyło mnie po wjechaniu w teren to nieziemski, cytrusowy zapach. Tak błogi, słodki a jednocześnie świeży, że pamiętam go do dziś. Do tego ciepłe powietrze muskało policzki. Pod kołami suchy, ubity, przepalony słońcem czerwony piasek i z czasem na trasie coraz więcej drzew korkowych, kaktusy, gaje oliwne i sady cytryn. Zatem już pierwszego dnia odkryliśmy cudowności portugalskiej natury.

Tego dnia rozgrzaliśmy się pokonując około 50 km z niewielkimi przewyższeniami co dało w sumie około 600 m w górę i w dół. Na trasie była jednak jedna mała rowerowa awaria… Pozdrawiamy Lusia ;) co przeciągnęło nas w czasie i dojeżdżaliśmy na nocleg już po zmroku. Lampki mogły czuć się potrzebne ;)  Rozgwieżdżone niebo nad nami… bajka! Trasa poprowadziła nas do Vila Nova de Milfontes  gdzie nocowaliśmy u zaznajomionego już z wcześniejszych wypraw Paula.

Dzień 3 | Portugalska gościnność i smaki…

Paul okazał się mega gościnnym gospodarzem. Śniadanie jedliśmy w jego domu, w dużym, rodzinnym salonie. Przysmaki przygotował i podawał nam razem z żoną. I wtedy upewniłam się, w tym co już wcześniej słyszałam. Dla Portugalczyków posiłki mają duże znaczenie i tym samym nie należy się śpieszyć. Jest czas na słodką przystawkę - świeże owoce z jogurtem naturalnym, dalej tosty, sery, wędliny, oliwki, coś na ciepło, coś na zimno. Mocna kawa, świeży sok z pomarańczy. Ciacho… Prawdziwa uczta. Wszystko pyszne i domowe. Zrobiło się błogo i miło a tu trzeba jechać! Kilka słów na zachętę i wzbudzenie ciekawości kolejnym dniem trasy, techniczna odprawa i w drogę!

Ten dzień był wymagający fizycznie, prowadził nas po trudnym, nierównym terenie leśnymi zakamarkami lub otwartymi przestrzeniami. W drugiej części trasy już łagodniej, krajobraz lśnił w słońcu. Temperatura była bardzo przyjemna, w ciągu dnia w tym rejonie około 23 stopni. Poranki i wieczory były znacznie chłodniejsze. W trakcie dnia zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze, typu naszych mlecznych. U nas zastaniesz jednak pierogi i schabowego z surówką a tam świeżutkie ryby i owoce morza… potrawki z ośmiornicy, dorsza z cebulą i ciecierzycą oraz rybne lekkie zupy. Tanio, pysznie. Obok baru znajdowała się typowa hala targowa z kolorowymi straganami ze świeżymi rybami, mięsem, owocami, aromatycznymi przyprawami, kasztanami, portugalskimi przetworami… Nasyceni tak pysznymi widokami pojechaliśmy dalej. Pod koniec trasy ekipa podzieliła się na dwie. Jedną bandą pojechaliśmy dłuższą trasą i wyszaleliśmy się w terenowych piaszczystych podjazdach i zjazdach. Drugie towarzystwo dotarło do miejsca noclegu szybciej drogą asfaltową. Tego dnia przybyliśmy do Sao Teotonio, w którym zatrzymaliśmy się na dwie noce.

Dzień 4 | Niekończący się błękit - spotkanie z Atlantykiem

Od początku naszej wyprawy podróżowaliśmy rejonem Alentejo, który rozciąga się na południe od Lizbony aż po granice Algarve i ziemię hiszpańską na wschodzie. Ten rejon to nie tylko gaje i lasy… to też otwarta przestrzeń Oceanu Atlantyckiego o czym przekonaliśmy się trzeciego dnia. Podczas trasy wjechaliśmy na  fragment  szlaku cyrkulacyjnego  poprowadzonego w okolicach Almograve. Wyjechaliśmy na spotkanie z jedną z najbardziej dzikich i najlepiej zachowanych linii brzegowych na samym zachodzie Europy. Najpierw zatrzymaliśmy się na plaży, czas na wygłupy, zbieranie muszli i moczenie nóg, jednak w dość chłodnej wodzie. Potem przejażdżka klifem i foty w każdej możliwej konfiguracji , pozie i na każdym tle ;) Słońce grzało, do tego smagani atlantyckim wiatrem czuliśmy się wyśmienicie. Zjedliśmy bardzo dobry obiad w okolicznej restauracji. To był dzień mocnego dogrzania słońcem i odpoczynku. Dzięki temu, że nocleg był dwukrotnie w tym samym miejscu podróżowaliśmy bez sakw Przez Zambujeira do Mar wrócimy do naszej bazy noclegowej. Tego dnia zrobiliśmy zdecydowanie najpiękniejsze zdjęcia z całej wyprawy. Zobaczcie poniżej

Dzień 5 | Portugalskimi wsiami i miasteczkami w kierunku na Arrifane

Nasyceni widokami dzikiego krajobrazu z dnia poprzedniego ruszyliśmy w drogę odkrywać portugalskie wsie i miasta. Tego dnia mieliśmy do pokonania około 50 km, przyjemny dystans jak na ten teren. Dawał poczucie popedałowania, jednak z zapasem sił na koleje dni. Jadąc szlakiem historycznym, przez kilka miejscowości takich jak:  Sao Miguel, Odeceixe oraz Aljezur mogliśmy podziwiać portugalskie zabudowy i zaobserwować mieszkańców tego rejonu. Jak każdego dnia zatrzymaliśmy się na przedpołudniową kawkę, pastel de nata i sok ze świeżych pomarańczy. Opiłam się go na tej wyprawie za wszystkie czasy J tani i pyszny. Minąwszy Odeceixe wkroczyliśmy na teren  regionu Algarve.

Dzień pokonywaliśmy zarówno nawierzchnią asfaltową jak i np. wąską ścieżką przy wodnym rowie. Przy tej okazji warto wspomnieć, że na tą wyprawę warto założyć nieco grubsze opony ułatwiające pokonywanie różnorodnej nawierzchni od asfaltowej po różnego rodzaju leśne nierówności. Mieliśmy niebywałe szczęście przez całą wyprawę jazdy bez dętek. Aż dziw przy momentami dość kolczastym terenie. Zaliczyliśmy tylko jedną i totalnie żadnej poważnej usterki z rowerami. Tutaj brawa dla uczestników za techniczne przygotowanie rowerów przed wyjazdem. Z pewnością przyczyniło się to do takiej sytuacji, reszta to oczywiście kwestia szczęścia.

Pod koniec dnia dotarliśmy do miejscowości Arrifana ze słynną plażą w kształcenie muszli. Za nim zeszliśmy na plaże przypadkowo poznaliśmy się z stojącym na parkingu surferze . Usłyszał polski język, zbliżył się i zaczepił. Okazało się, że Michał jest naszym rodakiem, pochodzi z Wisły. Zauroczony Arrifaną i ekstra warunkami do surfowania podczas jednych wakacji postanowił przenieść się do Portugalii na stałe. Dodajmy, że z żoną i trójką dzieci. Opowiedział nam o innych Polakach mieszkających w okolicy. Opowiedział o ich życiu w dwóch krajach. To było bardzo ciekawe spotkanie.

Uwiedzeni widokiem zbliżającego się zachodu słońca postanowiliśmy zejść na plaże i totalnie odpłynęliśmy podziwiając fale oceanu w blasku ostatnich promieni słońca. Wieczór upłynął nam przy sytej kolacji ze słynnym bacalhau i litrach sangrii, w pełnej radości. To jaką tworzyliśmy ekipę podczas tej wyprawy było niesamowite…!

Dzień 6 | Na końcu Europy…

Kolejny dzień podróży przebiegał nam otwartą, spaloną słońcem przestrzenią pól z widokiem na piękne plaże i poszarpane, strome zbocza klifów. Podążając oznaczoną drewnianymi słupkami z charakterystycznymi biało – czerwonymi znakami trasą  zmierzaliśmy w kierunku  Przylądka Świętego Wincentego. Osobiście czułam podekscytowanie faktem, że będziemy w miejscu uznawanym przez średniowiecznych Europejczyków za koniec świata. Będąc na przylądku wrażenie potęgi oceanu i ogromnie stromych wysokich klifów przekroczyło wszystkie wcześniejsze wyobrażenia.

Tego dnia skołowaliśmy prawie 70 km z blisko tysiącem m podjazdu i zjazdu. Nocowaliśmy w Sagres. Tradycyjnie wieczorem wyszliśmy na kolację cieszyć się portugalskimi smakami wina, najlepszych owoców morza. Naszą uwagę po wyjściu z restauracji wzbudził malutki klubik z dość żywą muzyką nie trzeba dodawać co działo się dalej. Bawiliśmy się na parkiecie kilka godzin. Portugalski DJ był nami zachwycony.

Dzień 7 | Wspinaczka stromymi zboczami

Wieczorne szaleństwa nie sprzyjały porannemu wstawaniu ;) Jednak przygoda wzywała! Ostatniego dnia mieliśmy do pokonania lekko ponad 40 km trasy jadąc z Sagres do Lagos. Odcinek wydaje się niewielki jednak było intensywnie. Jechaliśmy już samym południem Portugalii, stromymi zboczami klifów nad rozgrzanymi słońcem plażami. Na trasie białe, przepiękne miasta! Osobiście zakochałam się w tych miasteczkach i ich pejzażach. Jadąc asfaltem nabieraliśmy dużej prędkości na zjazdach. Towarzyszyło lekkie zmęczenie jednak przede wszystkim poczucie pełnego szczęścia. W głowie pojawiło mi się marzenie zwiedzenia następnym razem całego południowego wybrzeża tego kraju z kierunkiem na Faro.

Jadąc wzdłuż wybrzeża zatrzymaliśmy na się na plaży Praia da Luz. Ciepłe powietrze, piasek jak mąka, przyjemna woda w Oceanie… J kto by się nie skusił na kąpiel! Wygłupialiśmy się godzinę w wodzie, wysuszyliśmy na słońcu. Jadąc dalej dotarliśmy do ściany… stromego zbocza. Wszystkich ogarnęło lekkie zdziwienie. W oczach można było wyczytać: Czy oni na pewno wiedzą gdzie mamy jechać? Otóż tak. ;) Trasa była dobra, jednak z nieuniknioną wspinaczką na wzgórze urwiska. Sprawdzian dla całej grupy ze współpracy. Byliśmy już tak zgrani, że wzajemna pomoc była totalnie naturalna. Znów jazda terenem przesuszoną ziemią, obiad i lody w mijanym miasteczku. Widoki powalały, humory dopisywały.

I w końcu dojechaliśmy do Lagos, które jest już dużym, bardzo ruchliwym miastem. Samochody szalały na drodze… dojechaliśmy do hotelu nad samym wybrzeżem. Trzeba przyznać, że na noclegach niczego nigdy nam nie brakowało, standard był bardzo dobry, wręcz bardziej niż dobry. To dawało komfort podróżowania, która była jednak intensywna, terenowa każdego dnia z bagażem przy sobie. Wieczorem  wybraliśmy się do centrum miasta na kolację i zakup pamiątek. Jeden z uczestników był bardzo zaskoczony kiedy po zamówieniu kebaba dostał mięso nabitę na wysoki szpikulec, wszystkie pozostałe składniki były osobno. W większości skusiliśmy się na spaghetti z krewetkami w pomidorowym sosie. Pycha J dalej spacerowaliśmy odkrywając tajniki miasta.

Po późnym powrocie do hotelu wybraliśmy się do restauracji umiejscowionej na jego ostatnim piętrze z tarasami na zewnątrz dookoła. I zaskoczenie! W restauracji koncert Fado. Malutka scena, na niej młoda kobieta w czarnej sukni w towarzystwie dwóch akompaniujących jej gitarzystów. Czerwone wino i tęskny śpiew to wspomnienie tamtego wieczora. Ku naszemu zaskoczeniu ze stolika obok przy którym licznie świętowano urodziny co chwilę ktoś wskakiwał na scenę wymieniając się z wokalistką. Głównie starsi panowie – widać było, że rodowici Portugalczycy, którzy śpiewali melancholijne pieśni z głębi serca, w bardzo naturalny sposób. Ten wieczór dał pełnie poznania portugalskiej kultury.

Dzień 8 | listopad i 28 stopni ciepła

O poranku mega śniadanie na tarasie hotelu z widokiem na Ocean. Co niektórzy skusili się na spacer plażą i wrócili z pięknymi, dużymi muszlami. Inni pojechali do centrum na kawę i ciacho, oczywiście Pastel de nata. Siedząc na ryneczku, popijając kawę zaobserwowałam właściciela malutkiego sklepiku, który w promieniach słońca i temp. 28 C montował na witrynie swojego sklepu lampki choinkowe, po czym zawiesił tabliczkę z napisem, że niedługo sklep będzie zamknięty z powodu nadchodzącej zimy. Pamiętam jak nas to rozbawiło myśląc o tym jaka aktualnie aura jest w naszym kraju.

Przyszedł czas pakowania do zorganizowanego busa, którym wracaliśmy do Lizbony. Droga przebiegała sprawnie, bez żadnych problemów i po kilku godzinach znaleźliśmy się w okolicy Lizbony. Do miasta wjeżdżaliśmy słynnym 17-sto kilometrowym Mostem Vasco da Gamy, który spina brzeg rzeki Tag. Majestatyczna budowla, dookoła błękit wody i błękit nieba… kierowcy podwieźli nad pod sam terminal i oczekiwaliśmy na odprawę.

Lot przebiegł bez problemów, odebraliśmy rowery i przyszedł czas pożegnania. Co okazało się bardzo trudnym momentem dla większości. Przez tych kilka dni tak bardzo się polubiliśmy, że byliśmy jedną zgraną paczką. Ekipa byliście niesamowici… aż brakuje słów żeby to wyrazić.

Podsumowanie - największe bogactwo to przeżycia

W mojej pamięci Rota Vicentina zapiszę się jako przygoda bogata w zapach, smak, krajobraz i towarzystwo… niesamowicie pozytywnych ludzi. Szlak Roty umożliwia doświadczenie dzikiej, śródziemnomorskiej  przyrody, atmosfery portugalskich wiosek, zdobywania bielonych miasteczek na wzgórzach, jazdy terenowymi ścieżkami, przez co chwilę zmieniający się krajobraz: lasy korkowe, gaje eukaliptusowe, przydrożne drzewa migdałowe i cytrusowe  nad oceanicznymi klifami i rozległymi plażami.

Dogrzani słońcem zostaliśmy naładowani ciepłem na kilka tygodni co pozwoliło lżej wejść w zimę po powrocie do kraju. Pastel de nata stały się ulubioną słodkością ;) a portugalskie wino najlepszym o jakie można się pokusić. Zyskałam nowe przyjaźnie i znajomości z ludźmi z którymi kontakt jest utrzymywany do dziś. Kochani, dziękuję Wam! Ciepłe wspomnienia są żywe po dziś dzień dzięki słońcu, ale przede wszystkim dzięki Wam. Pozdrawiania dla Konrada, Anity, Sylwii, Marzeny, Jacka, Joli, Justyny, Renaty, Marzeny, Marka, Piotra, Sławka, Wojtka i Lusi (Aliny). Kasia

Podobała się relacja? Zapraszamy do przeżycia takiej przygody na własnej skórze. Oferta wyjazdu dostępna jest tutaj (link) 

Przeczytaj także

DOŁĄCZ DO NEWSLETTERA
Aby otrzymywać najlepsze oferty oraz rowerowe informacje