Tour de Mont Blanc – w skrócie TMB – to jeden z najsłynniejszych górskich szlaków świata. Trekkingowa klasyka, która okrąża najwyższy masyw Alp, przechodząc przez terytorium trzech krajów: Francji, Szwajcarii i Włoch. My pokonujemy ją na rowerach – w formule MTB/Enduro, w pięć dni jazdy, z bazą startu i mety w Chamonix. Po drodze czekają przełęcze powyżej 2500 m n.p.m., alpejskie singletracki, techniczne zjazdy, odcinki, na których rower trzeba wynieść na plecach, oraz widoki, które wynagradzają każdy metr podjazdu. Wyciągi i transfery wykorzystujemy punktowo – tam, gdzie oszczędzają nam asfaltu, a nie przygody.
Tak wygląda ta pętla dzień po dniu – oczami naszej ekipy.
Pierwszy, najcięższy dzień wyprawy zaczynamy w iście bojowych nastrojach. Przed 9:00 ruszamy z Chamonix w stronę Argentière, kierując się do przysiółka Le Tour. Stamtąd kolejką wjeżdżamy na pierwszą przełęcz – Col de Balme (2191 m n.p.m.), na granicy francusko-szwajcarskiej.
Z przełęczy czeka na nas bajeczny singletrack, połączony z trudniejszymi, kamienisto-korzennymi sekcjami, którym zjeżdżamy do Trient. Dalej wdrapujemy się na Col de la Forclaz (1527 m), gdzie dobre jedzenie stawia nas na nogi przed kolejnym wyzwaniem – Col de Portalo (2049 m), na którą rower trzeba miejscami wręcz wynieść. Ale taki urok wyrypy spod znaku TMB.
Nagrodą jest końcówka dnia: połączenie singletracków, kamienistych ścianek i enduro ścieżek w kierunku jeziora Champex – pełne luźnych kamieni i konkretnych rock gardenów. Zmęczeni, ale dumni z siebie docieramy do Orsières, gdzie dzień kończymy przy burgerach i rozmowach.
Pierwszy dzień pokazuje wszystkim, że ze szlakiem wokół Białej Góry żartów nie ma.
Z Orsières wyjeżdżamy w widokowy podjazd doliną Ferret po szwajcarskiej stronie masywu. Trasa wiedzie przepięknymi ścieżkami wzdłuż potoku Dranse de Ferret, aż do La Fouly, gdzie na talerzach ląduje potężna dawka kalorii – głównie ze szwajcarskiego sera.
Dobrze posileni ruszamy na główny punkt dnia – Grand Col Ferret (2537 m n.p.m.), najwyższy punkt całej pętli. Podjazd w miarę łagodny, ale długi – ciągnie się niemiłosiernie, a do pokonania jest prawie 1000 metrów w pionie. Mijający nas górscy wędrowcy biją brawa i dopingują. Na przełęczy wiatr nie pozwala zagrzać miejsca zbyt długo – przed nami granica włoska i zjazd.
A ten należy do najbardziej pamiętnych na trasie: wymagający, eksponowany singletrack w głąb doliny, z wystającymi kamiennymi przepustami, prowadzący do schroniska Elena. Poniżej czeka jeszcze bajeczna ścieżka, którą tamtejsze krowy regularnie uznają za doskonałe miejsce popołudniowego popasu – trzeba manewrować i przepraszać, ale udaje się przedostać.
Po włoskiej stronie jakoś tak spokojniej, milej i taniej – co wykorzystujemy na sytą, włoską ucztę w Courmayeur.
Z Courmayeur wyjeżdżamy pełni energii po wczorajszej uczcie. Pierwszym punktem jest schronisko Monte Bianco – obowiązkowa kawa – skąd singletrackiem schodzimy do doliny Veny. Podjazd do schroniska Elisabetta to niesamowity spektakl gór, lodowców i wodospadów; trudno tu jechać, nie zatrzymując się co chwilę do zdjęć.
Po krótkim posiłku zostaje zdobyć główny punkt dnia – Col de la Seigne (2512 m n.p.m.) na granicy włosko-francuskiej. Ścieżka prowadząca na przełęcz jest dziś na tyle poprawiona, że ostatnich metrów nie trzeba już pokonywać z rowerem na plecach – da się podjechać.
Zjazd z przełęczy to połączenie flowowej drogi, szutru, singletracków i asfaltu – wszystko w towarzystwie niesamowitych widoków. Po drodze przerwa w Refugio Les Mottes na łyk złocistego trunku, a że ekipa zajarana zjazdem chce więcej, dokładamy jeszcze świetną ścieżkę trawersującą zbocza Punta Lechaud (3127 m), prowadzącą prawie do samej osady Les Chapieux.
Dzień kończymy zjazdem do Bourg-Saint-Maurice, gdzie na zmęczonych kolarzy czekają francuskie przysmaki.
Rano pakujemy rowery na przyczepkę – transfer oszczędza nam 13 km asfaltowego podjazdu, którym wczoraj zjeżdżaliśmy do Bourg-Saint-Maurice. Właściwą jazdę zaczynamy od 7-kilometrowego podjazdu na przełęcz Cormet de Roselend (1968 m), gdzie na pobliskim straganie można nabyć lokalne specjały, a przy jeziorze Roselend uzupełnić węglowodany i kofeinę – odpowiednio ciastem borówkowym i cappuccino.
Stamtąd ruszamy jeszcze wyżej. Przyjemną szutrówką wspinamy się w kierunku Crête des Gittes – niezwykłej grani, po której prowadzi wąska ścieżka, przyprawiająca osoby z lękiem wysokości o zawrót głowy. Większość prowadzi tu rowery, odważniejsi decydują się na pełen emocji przejazd. Przy dobrej pogodzie z grani widać jak na dłoni sam szczyt Mont Blanc (4810 m n.p.m.).
Docieramy do schroniska przy Col de la Croix du Bonhomme (2433 m) – widok z tego miejsca na długo zostaje w pamięci. Jeszcze tylko trawers na Col du Bonhomme (2329 m) i zaczynamy zjazd w kierunku Les Contamines – z poziomem trudności „podwójnego czarnego diamentu", który daje się we znaki każdemu, ale towarzyszące widoki umilają atmosferę.
Na koniec zostają niesamowite ścieżki doliny rzeki Bonnant, które dają tyle radości, że mocno zajarana grupa dojeżdża do Saint-Gervais-les-Bains z uśmiechami na twarzach. Wieczorem zgodnie stwierdzamy: to był najbardziej emocjonujący dzień touru.
Ostatni dzień wita nas widokami, które zwiastują godne domknięcie pętli. Na początek trudny, stromy podjazd w kierunku Tête de la Charme (1870 m), gdzie znajduje się knajpka z najpiękniejszym widokiem na masyw Mont Blanc w całej okolicy. Spędzamy tam sporo czasu – panorama i towarzystwo złotego napoju nie pozwalają szybko ruszyć dalej.
Na szczęście trasa jest dziś krótsza: pozostaje zjazd do Les Houches i asfaltowy łącznik do Chamonix. Na zjazd wybieramy niebieską trasę bikeparku o nazwie Alpage Respect, która pięknie wije się w okolicznych lasach. Uradowani, w Les Houches robimy pamiątkową fotę przy słynnej bramie startu TMB – tej samej, spod której ruszają piesi zdobywcy szlaku.
Ostatnie kilometry do Chamonix to już czysta formalność. Pętla domknięta: trzy kraje, pięć dni w siodle, kilkanaście przełęczy – i ekipa, która zgodnie kończy wyprawę obfitą ucztą, planując przy stole kolejne przygody.
TMB rowerem to wyprawa, która uczy pokory, a jednocześnie uzależnia – nie bez powodu część naszej ekipy wraca na tę pętlę kolejny raz. Ciekawostka: nasza przygoda z tym szlakiem zaczęła się wiele lat temu od zwiadowczego przejazdu w cztery dni – relację z tego pierwszego, pionierskiego okrążenia Mont Blanc przeczytasz tutaj. Od tamtej pory trasa została dopracowana i wydłużona tak, by była jak najbardziej przejezdna.
Chcesz przeżyć TMB na własnym rowerze? Zapoznaj się z naszą ofertą (link)