Na początku roku 2024 jako ekipa 80R zrobiliśmy coś fenomenalnego (w naszej ocenie) i pojechaliśmy eksplorować RPA na rowerach szosowych. Poświęciliśmy sporo czasu, aby znaleźć informację, czy jakakolwiek polska grupa rowerowa jeździła po tej części świata i... nie znaleźliśmy, dlatego pozwalamy sobie nazywać się pierwszą grupą rowerową odkrywającą RPA z perspektywy siodełka.
Powiem Wam szczerze, że kiedy zapadła decyzja o wyjeździe, nie nastawiałem się na nic. W sumie była to moja pierwsza wizyta na czarnym lądzie i moje wyobrażenia Afryki były raczej teoretyczne. Ale teraz, kiedy już wróciłem, wiem jedno. Nie spodziewałem się takiego czegoś, czego doświadczyłem! Krajobraz, klimat, widoki, różnorodność... wielokrotnie czułem się jakbym był w Australii, Nowej Zelandii czy Ameryce Południowej bądź Północnej... Tam po prostu było wszystko.
Tą relacją zabiorę Was w podróż po niezwykłej części Afryki Południowej, a dokładniej jej Prowincji Przylądkowej Wschodniej i Zachodniej. Bo nasza trasa zaczynała się w Port Elizabeth, a zakończyła na Przylądku Dobrej Nadziei. Zapinamy pasy i startujemy... w przenośni i dosłownie, ponieważ, aby móc odkrywać nowe zakątki trzeba tam najpierw dotrzeć.
Podróż naszej ekipy zajęła 28 godzin. Wylecieliśmy z Warszawy, aby dotrzeć do Kataru, gdzie mieliśmy 3h przerwy na przesiadkę. Następny etap naszej podróży to blisko 10h przelot do Kapsztadu (Cape Town), aby po 4h przerwy wsiąść w lokalne linie lotnicze i dotrzeć do Port Elizabeth, gdzie mieliśmy nasz pierwszy nocleg. Lecąc samolotem podziwialiśmy Przylądek Igielny, Dobrej Nadziei, Fałszywą Zatokę i inne miejsca, które dane nam było przejechać rowerami.
Przed nami było 9 dni kręcenia i blisko 900 km do pokonania na rowerze. Tym razem podróżowaliśmy rowerami szosowymi, mieliśmy samochód wsparcia, który przewoził nam bagaże, dzięki czemu mogliśmy jeździć na pusto. Wystartowaliśmy z Port Elizabeth, miejscowości portowej nad Oceanem Indyjskim, aby zakończyć przygodę na Przylądku Dobrej Nadziei, czyli Oceanie Atlantyckim. Warto zwrócić uwagę na fakt, że to właśnie dzięki tym dwóm oceanom oraz pasmom górskim w niedalekiej odległości od nich ta część Afryki Południowej, zawdzięcza swoją niezwykłość i soczystą zieleń.
Zanim jednak wsiedliśmy na rowery, pierwszego dnia naszej przygody udaliśmy się na safari. Krótka wycieczka po Parku Narodowym ADDO Elephant dała nam namiastkę Afryki, jaką znamy. Mogliśmy spotkać: strusie, zebry, antylopy, bawoły no i oczywiście słonie. A w sumie największą atrakcją to był żuk gnojarz, kulający swoją wielką kulkę gnoju.
Po tej części zwiedzania udaliśmy się na miejsce startu naszej rowerowej wyprawy, aby po popołudniowej przejażdżce wynoszącej 50 km, dojechać do Stromsriver, miejscowości, gdzie mieliśmy zaplanowany nocleg w niesamowitym stylu. Jednak zanim dotarliśmy na miejsce noclegu, pokonaliśmy pierwsze kilometry, zachwycając się widokiem, krajobrazem, podziwiając niesamowicie majestatyczny wąwóz rzeki Storms.
Tego dnia wieczorem byłem już przekonany, że czeka nas niesamowita przygoda, która będzie pełna zaskoczeń i zachwytów, bo już pierwszy dzień właśnie taki był.
Poranna pobudka w miejscu noclegowym, które znajduje się w zabudowie z 1888 roku spowodowała, że poczuliśmy się niczym przeniesieni w czasie. Zabudowa w stylu Cape Dutch, obsługa wędrująca między budynkami, to było coś niesamowitego. Poranne śniadanie, kawka w grzejącym słońcu przy 22 stopniach Celsjusza, widok na góry i błękitne niebo. Czy można chcieć czegoś więcej? Zwłaszcza pod koniec lutego? Do pełni szczęścia brakuje tylko jazdy na rowerze, co niebawem uskutecznimy.
Gotowi i zwarci, po pamiątkowej fotografii ruszamy w podróż. Przed nami 92 km kręcenia na rowerze i blisko 1150 m w pionie. Profil trasy pokazuje nam, że mamy do zrobienia trzy podjazdy. Pierwszy etap podróży, to odwiedzenie Tsitsikamma National Park, czyli będziemy podziwiać niezwykle zielone wzgórza, wąwóz rzeki Storms oraz piękny Ocean Indyjski, a wszystko to w towarzystwie wiszących mostów. Po krótkim prostym odcinku zjeżdżamy do Oceanu, gdzie parkujemy maszyny i udajemy się na godzinną wędrówkę po wiszących mostach. Ten widok, zapach oceanu, szum fal i krajobraz wywarł na wszystkich niesamowite wrażenie. Mam nadzieję, że zdjęcia oddadzą chociaż część tych emocji, których doświadczyliśmy.
Po chwilach zachwytu wracamy tą samą drogą, pokonując pierwszy z trzech podjazdów zaplanowanych na ten dzień. Następnie jedziemy w kierunku Natures Valley, gdzie mamy zaplanowaną przerwę na lunch. Jednak zanim to nastąpi, pokonujemy drogę przez niesamowitą dolinę w iście tropikalnym klimacie, która kończy się morderczym podjazdem przy ponad 30 st. C., aby zdobyć przełęcz Bloukrans Pass, na której całkiem swobodnie zadomowiły się pawiany.
Trasa, którą pokonujemy biegnie po śladach Garden Route i jest niezwykle malowniczym regionem RPA. Musimy mieć świadomość, że ta część Afryki jest niezwykle zielona i urodzajna. Wynika to przede wszystkim z bliskości oceanu oraz pasm gorskich biegnących wzdłuż linii brzegowej, które powodują zatrzymanie się wilgoci na tym paśmie ziemi. Spotkamy tutaj liczne pola uprawne, hodowle krów itd. Jest to totalnie inny krajobraz niż to czego możemy się spodziewać po Afryce.
Przed przerwą na lunch pokonujemy jeszcze jedną przełęcz, mianowicie Grootrivier Pass i zjeżdżamy do Natures Valley, gdzie korzystając z czasu poszliśmy się przespacerować po wybrzeżu oceanu i spotkaliśmy OGROMNE meduzy (koniecznie zobacz na zdjęciach). Fale były wzburzone i wody wyrzucały na brzeg liczne, morskie żyjątka. Coś niesamowitego.
Po smacznej regeneracji (musicie wiedzieć, że w RPA jest niesamowicie smaczne jedzenie i nawet nie nastawiajcie się, że schudniecie na wyjeździe tutaj) przed nami ostatnie wyzwanie tego dnia, czyli podjazd. Kilka kilometrów jazdy w górę robi nam końcówkę dnia. Następnie mamy kilkanaście kilometrów niesamowicie klimatycznej trasy z mijanymi po drodze pastwiskami, hodowlami krów, koni i innych zwierząt. Dzień kończymy w Keurboomstrand, miasteczku usytuowanym nad oceanem, gdzie podziwiamy zachód słońca, zażywamy morskich kąpieli i cieszymy się z pokonanej trasy. Na nocleg przejeżdżamy do George, skąd rozpoczniemy podróż dnia następnego.
Kolejny etap naszej podróży to odcinek z George do Ladismith, po drodze zatrzymując się w Oudtshorn, które słynie z hodowli strusi. Jest to niezwykłe miejsce, ale zanim do niego dotrzemy, to czeka nas trochę kręcenia.
Po standardowo smacznym śniadaniu, spakowaniu się wyruszamy z George w kierunku Oudtshorn. Będziemy żegnać się na chwilę z Oceanem Indyjskim i wjedziemy w górzyste tereny regionu Małe Karoo. Jak zobaczycie, klimat i pejzaż ulegnie zmianie. Nie będzie już tak zielono, a i temperatura będzie coraz bardziej doskwierać. Na ten dzień prognozy pokazują blisko 30 st. C. w cieniu, co przy drogach bez grama cienia daje nam odczuwalną temperaturę grubo ponad 40 st. Pierwsze kilometry pokonujemy wzdłuż wybrzeża (ale nie nad oceanem), aby po ok. 30 km odbić w kierunku północnym i wjechać w góry. Na ten etap podróży mamy zaplanowane 120 km i 1200 m podjazdu. Wynik całkiem niezły, pytanie czy uda się plan zrealizować.
Tego dnia poza dystansem jest jedno większe wyzwanie, czyli zdobycie Robinson Pass, która liczy ponad 800 metrów. Jednak przed podjazdem mamy krótką przerwę regeneracyjną i lekki posiłek, aby nabrać sił. Po godzinie jazdy, przełęcz zostaje zdobyta i do pokonania mamy jeszcze 40 km w tendencji zjazdowej... cóż to był za szybki odcinek... Noga podawała, piękne widoki towarzyszyły, a dodatkową presję wywierała krążąca w okolicy burza, która w połączeniu z absolutnym brakiem czegokolwiek, aby się schować, była wystarczającym motywatorem, aby jeszcze mocniej naciskać na pedała. Znakami, które mówiły o tym, że jesteśmy coraz bliżej celu, były pojawiające się farmy strusi, czyli wizytówek tego regionu.
Finalnie trasa pokonana w 100%, pełna niesamowitych wrażeń, widoków (które trudno oddać w zdjęciach) i z mocnym wysiłkiem, który będziemy odczuwać w kolejnych etapach podróży.
Kolejną częścią naszej podróży jest odwiedzenie farmy strusi, poznanie jej charakterystyki, pokarmienie zwierząt i stanięcie na strusich jajach. Strusie to niesamowite zwierzęta, ale więcej o nich dowiecie się w specjalnym poście, który zamieścimy o ciekawostkach z wyjazdu. Kolejnym elementem naszego programu była wizyta w winiarni. A jakże inaczej! Przecież RPA słynie z pysznych win z tradycją sięgającą XVII wieku... W winnicy kosztowaliśmy lokalne trunki oraz smakołyki. Był to bardzo dobry czas dla ciała i duszy.
Ten etap podróży mieliśmy nierowerowy ze względu na charakter atrakcji oraz temperaturę powietrza, która oscylowała w granicach 40 st. C. w cieniu. Dlatego ten dzień poświęciliśmy na odkrywanie i poznawanie smaków regionu. Zwłaszcza że już jutro czeka nas najdłuższy etap podróży, czyli 140 km jazdy po kultowej Route 62.
W Afryce Południowej lubią mieć wszystko naj. Najgłębszy wąwóz, największe ptaki, najstarsze winnice czy inne... Lubią też nawiązywać do innych oszałamiających miejsc i tak właśnie jest w przypadku Route 62, która jest porównywana do Route 66 w Stanach, rzecz jasna 😊 I tak na tym etapie naszej podróży pokonamy dziś tę trasę z Ladismith do Montagu. Czyli odcinek 141 km z niewiarygodnymi widokami, klimatem, wiatrem w plecy (musicie wiedzieć, że nie przez przypadek pokonujemy tę trasę ze wschodu na zachód, bo w tym kierunku właśnie zazwyczaj tutaj wieje) i kultowym miejscem postojowym o wdzięcznej nazwie Ronnies “SEX” Shop, który jest de facto kawiarenką na trasie.
Historia tego miejsca jest o tyle ciekawa, że kiedyś to się nazywało po prostu Ronnies Shop i .... nikt się tam nie zatrzymywał. Dlatego pewnego dnia, właściciele usiedli przy piwku i zaczęli kminić, co by tutaj zrobić, żeby zachęcić kierowców, jadących po Route 62, aby się zatrzymali i jeden z nich wymyślił, że do nazwy trzeba dopisać “SEX” - wtedy na pewno ktoś się zatrzyma. I tak też się stało... dodatkowo wchodząc do środka możecie zobaczyć pokaźną kolekcję bielizny damskiej zawieszonej na suficie, a pozostawionej przez chętne do tego klientki kawiarni i w ten oto sposób stało się to miejsce kultowym, w którym zatrzymuje się praktycznie każdy, kto przejeżdża obok.
Sama Route 62 robi niesamowite wrażenie. Jej głównym atutem jest krajobraz, który ma klimat oraz dobra jakość asfaltu. To co zauważyliśmy, to fakt, że tam gdzie znajduje się jakikolwiek ciek wodny, tam jest życie. Tam jest uprawa np. lucerny 😀 Tam też są hodowle. Na szczęście nie jest już tak gorąco jak dzień wcześniej i możemy pokonać całą trasę na rowerach. Jest ona pagórkowata z jedną przełęczą na 90 km. A potem z tendencją zjazdową, w towarzystwie gór, pojawiających się winnic oraz tańczących chmur, które zawisły nad wzgórzami dojeżdżamy do klimatycznej miejscowości Montagu, gdzie zatrzymujemy się na nocleg.
Ten dzień jest sponsorowany przez Przylądek Igielny. Kiedy dzień wcześniej siedzieliśmy przy kolacji, rozmawialiśmy o tym co do tej pory zobaczyliśmy oraz jakie mamy plany na dalsze etapy podróży, pojawił się pomysł, aby odwiedzić Przylądek Igielny, czyli najbardziej na południe wysunięty punkt Afryki. Od tego miejsca dzieliło nas 120 km. Dlatego, wspólnie postanowiliśmy, aby odcinek rowerowy z Montagu do Roberston pokonać maksymalnie szybko, wybierając najkrótszą drogę, aby zyskać czas na podróż busem na przylądek.
To jest takie miejsce, którego nie można odwiedzić będąc tak blisko. Dojazd zajął nam dwie godzinki. Na samym dole Afryki oczywiście znajdziemy latarnię, małe miasteczko z restauracjami, gdzie można zjeść smaczne owoce morza no i oczywiście TEN PUNKT. Czyli Cape Agulhas, bo tak to się nazywa. Jest to teren parku narodowego, jest tam płaskorzeźba Afryki z jej konturami i zarysem. Miejsce niezwykłe, bo umowna granica między Oceanem Indyjskim i Atlantyckim. Jest o tyle istotne, że Prowincja Przylądkowa RPA jest pod ogromnym wpływem właśnie tych dwóch żywiołów. Indyjski z wodami ciepłymi, Atlantyk z wodami zimnymi. Ten układ jest kluczowy dla regionu. A wiatr, który mu towarzyszy nazywany jest lekarzem przylądka i dzięki niemu nie zaznasz tutaj zbyt wielu komarów, owadów czy insektów, co jest tak charakterystyczne dla innych części Afryki.
To uczucie, kiedy stoisz na krańcu Afryki, odpalasz mapę Google i widzisz niebieski punkt w miejscu, o którym marzyłeś, aby odwiedzić będąc dzieckiem jest NIEZWYKŁE i życzę każdemu, aby mógł go doświadczyć.
To jest półmetek naszej podróży i już wiem, że kiedyś na pewno będę chciał tutaj wrócić, przy okazji dziękując za pracę marzeń 😊
Za nami półmetek podróży, jednak nie koniec naszych przygód. Obserwując pogodę widzimy w prognozach, że ma się załamać. Tak. W Afryce czeka nas solidny deszcz. Alternatywna zmiana trasy, która przewiduje podróż przez Franschhoek Pass i wjazd rowerami do Franschhoek, aby podziwiać miejscowość słynącą z winnic i jednych z najlepszych win na świecie.
Jednak czy tak będzie to się okaże. Ta alternatywa daje nam możliwość jazdy bez deszczu do godziny 14, może 15. Wsiadamy na rowery i rozpoczynamy podróż... jednak po 25 km jazdy widzimy, że z naprzeciwka w naszym kierunku idzie ściana deszczu, grzmi i rzuca piorunami... Już wtedy od razu szukam alternatywy, opcji do schronienia się...
Wjeżdżamy do winnicy Stettyn, tak Stettyn. Jakieś skojarzenia z nazwą? Kiedy oprócz nazwy zobaczyłem godło Szczecina, wiedziałem że będzie ciekawie. Wjeżdżamy do restauracji, która znajduje się przy winnicy i pytam obsługi o co chodzi z nazwą i dlaczego tak się nazywa, i skąd mają godło polskiej miejscowości. Przychodzi do nas Pani menadżer i opowiada historię, że w roku 1714 do tego miejsca przyjechało dwóch panów, którzy wyruszyli w podróż z ówczesnego Szczecina (Stettyn) za czasów pruskich, przypłynęli tutaj, zakupili ziemię i rozpoczęli uprawę winorośli i produkcję wina. Stąd nazwa winnicy Stettyn. Pani ogromnie się ucieszyła z wizyty Polaków, ponieważ utrzymują stały kontakt z miastem Szczecin oraz sama miała okazję być w Polsce dwa razy. Co ciekawe w swoich markach win mają wino musujące o nazwie “Bąbelki” Zdjęcie załączone w poście.
Kiedy my słuchaliśmy opowieści, w międzyczasie przeżyliśmy prawdziwą burzę w Afryce i spadek temperatury do 11 stopni. Tego dnia niestety jazda na rowerze została zakończona i samochodem wsparcia dotarliśmy na miejsce noclegowe, po drodze w lejącym deszczu zatrzymaliśmy się we Franschhoek i przejechaliśmy przez Stellenbosch. Nocleg zaś mieliśmy zaplanowany w Gordon's Bay nad Fałszywą Zatoką, z którą jest związana niezwykła historia początków żeglugi morskiej z Europy do Indii. Musicie wiedzieć, że zatoka ta pochłonęła ponad 400 okrętów (mniej więcej tyle wraków znajduje się w tej okolicy). Domyślacie się dlaczego nazywa się ona False Bay (Fałszywa Zatoka)?
Poranek wita nas niesamowitym widokiem słońca, przedzierającego się przez pędzące chmury. Do tego nad Zatoką pojawiają się dwie tęcze. To znak, że będzie niesamowity dzień. Prognozy pogody pokazują, że po godzinie 10 niebo się przejaśni, a pogoda ustabilizuje. Dlatego schodzimy na śniadanie, przygotowujemy rowery, pakujemy bagaże i czekamy, aż się wypogodzi. Na ten dzień mamy zaplanowany etap z Gordons Bay do Hermanus, po drodze odwiedzając pingwiny w Betty’s Bay, gdzie podziwiając pingwina afrykańskiego, Ocean Atlantycki, ciesząc się pięknym krajobrazem, kosztujemy lokalnych smaków. Jednak zanim do tego miejsca dotrzemy, pokonujemy niesamowicie malowniczą trasę wzdłuż Fałszywej Zatoki, której nazwa pochodzi stąd, że kiedy statki pływające z Europy do Indii opływały Afrykę, mijały Przylądek Dobrej Nadziei (wtedy nazywany Przylądkiem Burz), myślały, że wypływają na wody Oceanu Indyjskiego, a de facto wpływały do zatoki... Dodatkowo w tamtym rejonie ówczesna i późniejsza nawigacja w postaci kompasu wariowała, ponieważ nie była wyczuwalna magnetyczna północ. Połączenie sztormowego klimatu, nisko osadzonych chmur czy bardzo częstej mgły w tym miejscu oraz przeświadczenia, że statek wypływa na Ocean, a tak naprawdę wpływa do zatoki, powodowało to, że liczne statki rozbijały się w tym regionie. Stąd nazwa False Bay, którą mamy po swojej prawej stronie jadąc malowniczą Route 44, która nazywana jest również drogą wielorybów. Tak, to właśnie w ten region Afryki Południowej (a w sposób szczególny do Zatoki przy Hermanus przyjeżdża się obserwować wieloryby, głównie w okresie zimy, kiedy na tarło przypływają sardynki i czas ten jest swoistą ucztą dla innych morskich stworzeń.
Hermanus jest naszym celem na dziś. Piękna pogoda, niesamowita trasa z pięknymi krajobrazami, które możecie podziwiać na zdjęciach, sprawiają, że buzia sama się śmieje. Czujemy się niczym w Nowej Zelandii, Australii czy Stanach. Jest pięknie i świeżo. Po drodze mijamy rodziny pawianów i zachwycamy się widokami.
W Betty’s Bay krótka przerwa na lunch i ruszamy dalej. Noga podaje, jedzie się lekko i przyjemnie mimo interwałowych odcinków trasy. Do Hermanus dojeżdżamy późnym popołudniem, kręcimy się po okolicy, jemy kolację, wsiadamy w busa i jedziemy do Kapsztadu, który będzie naszą bazą wypadową już do końca wyjazdu. Był to niezwykle piękny dzień. Przed nami już ostatnie dni podróży. Odwiedzenie Cape Town, Góry Stołowej i trasa rowerowa z Kapsztadu na Przylądek Dobrej Nadziei...
Kolejny dzień naszej podróży to chill out. Głównym celem było odwiedzenie Góry Stołowej. Większość z nas wyjechała tam kolejką górską, a dwóch śmiałków wybrało się na 2h wędrówkę, aby zdobyć ją pieszo. Góra Stołowa jest o tyle niezwykła, że po pierwsze rozpościera się z niej niesamowity widok na Kapsztad, False Bay, Ocean, Przylądek Dobrej Nadziei. Po drugie jest to raj dla miłośników flory. Na tym niewielkim obszarze znajduje się blisko 5 tysięcy gatunków roślin, z czego blisko połowa jest endemiczna. Na Górze Stołowej spędziliśmy blisko 3h, spacerując i podziwiając widoki.
Po południu udaliśmy się na rowerową wycieczkę wzdłuż oceanu, docierając do dzielnicy portowej, gdzie spędziliśmy popołudnie. Oglądaliśmy zabawę fok, występ chórów czy pokazy afrykańskiej muzyki.
Warto zwrócić uwagę, że za kilka dni odbywać się miał Cape Town Cycle Tour, który przyciąga do siebie blisko 35 tysięcy rowerzystów, którzy pokonują 109 km pętlę po Przylądku Dobrej Nadziei.
Dzień ten był naszą regeneracją przed dniem kulminacyjnym naszego wyjazdu, czyli zdobyciem Cape Point oraz Cape of Good Hope... O czym napiszemy już niebawem.
To już ostatni rowerowy dzień naszej wyprawy. Cel: pokonać trasę z Kapsztadu na Przylądek Dobrej Nadziei. Czyli przed nami blisko 80 km jazdy. Startujemy po śniadaniu, wyruszamy w drogę i zachwycamy się widokiem na górę Lion’s Head oraz widokówkową plażę przy Camp’s Bay, gdzie piasek jest biały niczym mąka. Urokowi okoliczności dodają gładkie chmury, które osiadły na szczytach Góry Stołowej, bo jak legenda głosi diabeł i holenderski marynarz od wieków toczą zawody, który z nich wypali więcej fajek, dlatego przez większość czasu Góra Stołowa spowita jest w chmurach...
Podążamy drogą nadmorską, poprowadzoną wzdłuż Oceanu Atlantyckiego, który towarzyszyć nam będzie praktycznie przez cały dzień, z krótkim wyjątkiem, kiedy to przejedziemy przez miejscowość Hout Bay i dojedziemy do Noordhoek.... Trasa jest po prostu powalająca. Te widoki, krajobraz, zatoczki, pływające foki czy w oddali delfiny... po prostu bajka.
Po 46 km jazdy, zatrzymujemy się w kawiarence, która z otwartymi rękoma wita rowerzystów. W ogóle to ciekawe jest to, że również w RPA spotkamy się z systemem Miejsc Przyjaznych Rowerzystom. Po krótkiej przerwie wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Wiatr wieje w plecy, noga podaje, z każdą minutą jesteśmy bliżej celu..
Po południu w towarzystwie pięknych widoków zdobywamy Cape Point, gdzie znajdziemy dwie latarnie morskie. Pierwszą na wzgórzu, która została wybudowana jako pierwsza, ale ze względu na bardzo niskie chmury, często nie była widoczna, powodując liczne wypadki, postanowiono wybudować drugą, zaraz przy brzegu, aby ta była już widoczna dla marynarzy.
Pierwotna nazwa Przylądka Burz, została zmieniona przez króla Portugalii Jana II na Przylądek Dobrej Nadziei, aby było to miejsce, którego osiągnięcie dawało nadzieję na dotarcie na Daleki Wschód. Po krótkiej przerwie na Cape Point i zrobieniu kilku pamiątkowych zdjęć, udaliśmy się na ostatnie kilometry podróży, aby to co widzieliśmy z lotu ptaka lecąc z Cape Town do Port Elizabeth, zdobyć na rowerach. W szyku triumfalnym, jadąc jeden obok drugiego, dojechaliśmy na koniec Przylądka Dobrej Nadziei... szampan wystrzelił, rozpoczęliśmy świętowanie. Pamiątkowe zdjęcia, filmiki, wspólne rozmowy i wspomnienia z wyjazdu zakończyły naszą podróż. Kolejne marzenie włożone do szufladki z naklejką “SPEŁNIONE”
W tym miejscu chciałbym podziękować uczestnikom za ten wyjazd, to oni namówili mnie, żeby tam pojechać 😊 Niesamowita grupa i niezwykły wyjazd, który zapamiętam na długie lata!
A Tobie, drogi czytelniku, życzę równie niesamowitych rowerowych przygód.