Annapurna Circuit to najsłynniejszy trekkingowy szlak Nepalu – wielka pętla wokół masywu Annapurny, której kulminacją jest przełęcz Thorong La na wysokości 5416 m n.p.m. My postanowiliśmy pokonać ją na rowerach. Jedenastoosobowa ekipa, blisko trzy tygodnie w Himalajach, spartańskie noclegi w górskich guesthouse'ach, drogi, których „klasyfikacja europejska nie obejmuje" – i cel, który jeszcze niedawno wydawał się szalony: wjechać (a miejscami wnieść) rowery na wysokość, na której lądują samoloty. Oto zapis tej przygody.
Przygoda zaczyna się w Kathmandu. Wieczorem ostatni uczestnicy meldują się w hotelu, a toast za udaną wyprawę wznosimy w kultowym Everest Irish Pub. Następny dzień to załatwianie pozwoleń – nie było łatwo, bo zamiłowanie nepalskich urzędów do kolekcjonowania zdjęć paszportowych spowodowało znaczne niedobory w naszych odbitkach – oraz spacer po Monkey Temple i mieście, które wywołuje skrajne emocje.
Potem transfer pod Annapurnę: 179 km w czasie operacyjnym 7 godzin 30 minut, po drogach, które wstrząsnęły, obiły i sponiewierały. W euforii wysiadamy w Besisahar. Jutro zaczynamy jechać.
Startujemy z Besisahar pełni animuszu. Za miasteczkiem droga „pozaklasowa" przechodzi w standard poligonowy. Jedziemy wzdłuż rzeki, napawając się widokami doliny, nad którą prześwitują ośnieżone szczyty. W wioskach zatrzymują nas na „bramach" głównie dzieci, czasem tańczące kobiety w tradycyjnych strojach – zgodnie ze świątecznym obyczajem tego dnia trzeba było wykupić przejazd. Działo się!
Chcąc sprawdzić różne warianty trasy, dzielimy się na dwie podgrupy: jedna eksploruje ścieżkę trekkingową, druga wariant offroadowy. Poziom techniczny różny, zmęczenie – identyczne. Dzień sponsorują numerki: 40 km, 1800 m przewyższenia, 33 stopnie w cieniu i 1 urwany pedał.
Pobudka o 6:40, bo dziś krótszy dystans, ale większe nachylenia: 1560 m przewyższenia na 26 km. W tych warunkach było co robić – tym bardziej, że co chwilę piękne okoliczności przyrody wymagają przystanku: wodospady przecinające drogę, widoki na Manaslu, a później na Annapurnę II. Nocleg w Chame na 2750 m. PS. Kuchnia nepalska – specyficzna, ale przepyszna.
Noc na „raptem" 2800 m już zaczęła robić robotę. Po wczesnym śniadaniu ruszamy w górę doliny Manang, nad którą góruje Annapurna II. Nie obyło się bez awarii – urwana linka przerzutki i uszkodzony napęd – ale udało się przywrócić rower do sprawności, a co było dalej… cóż, co jest w Himalajach, zostaje w Himalajach. Po drodze przerwa na lokalne soki w sadzie na 3000 m, w towarzystwie przyjacielskich nepalskich psów oddających się sjeście. Nocujemy w Manang na 3600 m – zakładana temperatura w pokojach: minus dwa.
W Manang mieliśmy mieć „freeday" od jazdy. Nie udało się. Wyszedł aklimatyzacyjny trek nad Ice Lake – jezioro położone nieopodal miasteczka, tyle że 1300 metrów wyżej. Na odcinku niespełna 6 km – 1300 m podejścia, w wyższych partiach już po śniegu. Wysiłek rekompensują oszałamiające widoki masywu Annapurny. Wysokość 4650 zaliczona.
Kolejne dwa dni to wyprawa nad jezioro Tilicho – jedno z najwyżej położonych jezior świata (4920 m). Trasa do Tilicho Base Camp okazuje się jednym z najpiękniejszych szlaków, jakich doświadczyliśmy: trawersowanie zbocza z widokiem na dolinę i pasmo Annapurny, do tego dwukilometrowy odcinek osuwisk, gdzie w każdej chwili można się spodziewać spadających kamieni. Adrenalina gratis. Z samego rana z Base Campu ruszamy w górę – prawie tysiąc metrów podejścia, przejście przez grzbiet powyżej 5000 m, zmrożony śnieg – i jest: malownicze, zamarznięte Tilicho. Czas na zdjęcia, powrót na lunch i nocleg w Shree Kharka. To był długi dzień: 50 km, 2900 m przewyższeń w dwa dni.
Po powrocie do Manang i dniu na regenerację ruszamy w stronę Thorong La. Pierwszy nocleg w Ledar – trasa krótka, ale podjazdy o nachyleniu godnym najlepszych górali. Na tej wysokości ograniczony zasób tlenu całkowicie zamiata: wszystko, co waży jakiekolwiek kilogramy, waży razy dwa, każdy krok kosztuje razy dwa. Widoki – piękne. As always.
Z Ledar droga wiedzie falami do Thorong Pedi Base Camp, znów przez fragmenty osuwisk. Po lunchu zaczyna się odcinek „nie do zakręcenia korbami": szuter, nachylenia ponad 30% i wysokość robią swoje – rowery zostają wprowadzone, wepchnięte lub wniesione. High Camp na 4800 m osiągnięty. Następnego dnia przełęcz. Ekscytacja w grupie rośnie.
Noc w High Campie nie należała do łatwych. Trekkerzy wychodzą na szlak od 5 rano, w ciemnościach i mrozie – my z premedytacją ruszamy trzy godziny później, żeby słońce zdążyło zmienić temperaturę otoczenia. Po kilkunastu minutach zrywa się porywisty, mrożący wiatr, palce marzną na potęgę, a na zmrożonym śniegu nieodzowne okazują się raczki. Im bliżej przełęczy, tym wiatr dziwnie słabnie, aż na ostatnim odcinku zanika zupełnie.
Po około trzech i pół godzinie walki widzimy kolorowe nepalskie flagietki. Thorong La Pass, 5416 m n.p.m. – zdobyta. Na przełęczy melduje się cała, jedenastoosobowa ekipa, a przy okazji zostajemy świadkami spektakularnego oderwania się fragmentu lodowca. Cóż – góry.
Potem zjazd do Muktinath, który okazuje się wyzwaniem sam w sobie – nawet poniżej linii śniegu. Downhillowcy mieli swój świat.
Noc po zjeździe spędzamy w kultowym Bob Marley Hotel – zmęczenie odchodzi przy długich rozmowach przy palenisku, a rano każdy z nas składa podpis na fladze 80R, którą zostawiamy w hotelu na pamiątkę. Przed nami prawie 2000 m zjazdów do Tatopani, wioski z gorącymi źródłami. Droga klasycznie nepalsko pozaklasowa: dziury wielkości lejów po bombach, głazy omijane na milimetry – a dla naszych rowerów czysty, wymagający technicznie fun. 74 km szło nam niespiesznie, bo chcieliśmy czerpać z tej jazdy jak najdłużej.
Dzień zaczynamy o wschodzie słońca kąpielą w gorących źródłach. Potem ostatni odcinek trasy do Beni – zakurzeni, wstrząśnięci, ale nie zmieszani meldujemy się na mecie. Rowery pakujemy w kartony, a sami ruszamy na regenerację do Pokhary. Po drodze jeszcze spacer po jednym z najdłuższych mostów wiszących świata – ponad 570 m długości.
Pokhara pozytywnie zaskakuje: jezioro, bliskość wysokich szczytów i względny porządek dobrze nastrajają. Aż zachciało się zobaczyć wszystko z góry – lot paralotnią wśród tamtejszych orłów, z widokiem na ośnieżone szczyty, robił wrażenie.
Ostatnie dni to szał zakupów, wieczór w lokalnych dyskotekach (niektórzy z nas doznali lekkiego szoku kulturowego), a po transferze do Kathmandu – wycieczka do średniowiecznego Bakhtapuru, pierwszej stolicy Nepalu, oraz wizyta w miejscu, gdzie hinduiści rytualnie żegnają swoich zmarłych. Tam doświadczamy, jak bardzo nasze kultury różnią się w obliczu obcowania ze śmiercią.
19 dni zleciało zbyt szybko. Wyprawę sponsorowały numerki: 11 uczestników, 5416 m najwyższego punktu, 276 przemierzonych kilometrów, 11 607 m sumy przewyższeń i 0 złapanych dętek. A jak mówił klasyk: „We will be back…"