Są wyprawy, na których jeden kraj potrafi pomieścić kilka światów. Republika Południowej Afryki jest tego najlepszym dowodem: rano safari wśród słoni, po południu rower na szutrach półpustynnego Karoo, a kilka dni później winnice, pingwiny i ocean rozbijający się o klify pod Górą Stołową. Pod koniec listopada 2025 roku nasza ekipa wylądowała w Port Elizabeth, aby przez dwa tygodnie przejechać Kraj Przylądkowy i domknąć trasę tam, gdzie kończy się Afryka — na Przylądku Dobrej Nadziei. Oto jak wyglądała ta przygoda, dzień po dniu.
Przygodę zaczęliśmy w wielkim stylu — od samego rana wjechaliśmy w sam środek królestwa dzikiej Afryki, czyli do Addo Elephant National Park. Już pierwsze minuty safari przyniosły widoki, których się nie zapomina: majestatyczne słonie, stada zebr i zwinne antylopy przemykające między krzewami. Wypatrywaliśmy też bardziej skrytych mieszkańców parku — bawołów, a nawet lwów — a na punktach widokowych chłonęliśmy krajobrazy i poznawaliśmy sekrety lokalnej przyrody.
Po południu przesiedliśmy się z czterech kółek na dwa. Rowerowa wycieczka po okolicach Colchester i doliny rzeki Sundays była idealnym rozprostowaniem nóg przed właściwą częścią wyprawy — i pierwszym kontaktem z afrykańską przestrzenią, która miała nam towarzyszyć przez następne dwa tygodnie.
Z Port Elizabeth ruszyliśmy busem w kierunku pasma Tsitsikamma. Po około 50 km przyszedł moment, na który czekaliśmy — przesiadka na rowery i start niemal zapomnianą Old Cape Road w stronę rzeki Storms. Im dalej, tym ciszej: na ostatnich kilometrach szutrowa droga wprowadziła nas w głąb gęstego lasu deszczowego, a soczysta, dzika zieleń otaczała nas dosłownie zewsząd. Czujność była wskazana — pawiany potrafią tu bez zapowiedzi przeciąć trasę.
Wjazd do doliny okazał się prawdziwą nagrodą: do Tsitsikamma Village dotarliśmy otoczeni rytmem przyrody i zapachem lasu. Wieczorem wspólna kolacja, rozmowy i integracja — zmęczeni, ale szczęśliwi, dokładnie tak, jak powinien kończyć się idealny dzień na wyprawie.
Ten dzień zaczęliśmy pieszo — trekking po przylądku Robberg to absolutna perełka. Szlak prowadził wzdłuż pionowych klifów spadających prosto do oceanu: fale rozbijające się o skały, foki wygrzewające się na głazach i wiatr niosący zapach słonej wody. Po drodze The Gap — przełęcz oddzielająca półwysep od stałego lądu — i jasna wydma Witsand, którą pokonuje się w stylu „krok do przodu, pół kroku w dół”. Na sam koniec przylądka, The Point, zabrakło już czasu — czekała nas przecież rowerowa część dnia.
Popołudniowa trasa wiodła długimi, cichymi odcinkami, gdzie szuter mieszał się z zapachem lasu, nachylenia momentami dawały popalić, a gdzieniegdzie zaskakiwały powalone drzewa. Dojazd do oceanu wynagrodził wszystko. Garden Route nie tylko zachwyca — uczy też pokory.
Jeden z tych dni, które idealnie pokazują różnorodność Kraju Przylądkowego: ok. 60 km i przewyższenia ↑ ~530 m / ↓ ~790 m. Od rana mierzyliśmy się z historyczną przełęczą Montagu, prowadzącą przez potężne pasmo gór Outeniqua — solidny, równy podjazd i piękne, panoramiczne widoki. W miarę oddalania się od wybrzeża krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie: soczyste pastwiska ustępowały półpustynnym krzewom zapowiadającym Małe Karoo, a długie zjazdy pośród gór rekompensowały każdy metr wspinaczki.
Na obiad zatrzymaliśmy się przy farmie strusi — nieprzypadkowo, bo Oudtshoorn, do którego zmierzaliśmy, uchodzi za światowe centrum hodowli tych niezwykłych ptaków. Dzień zakończyliśmy w przytulnym pensjonacie, gdzie gospodarz przygotował dla nas tradycyjne braai — południowoafrykańskiego grilla, na którym nie mogło zabraknąć delikatnego mięsa strusia.
Pierwsze kilometry tego etapu prowadziły przez spektakularny wąwóz Schoemanspoort w stronę pasma Swartberg — wąską drogą wciśniętą między skalne ściany, wśród nagrzanych słońcem zboczy i dziesiątek gatunków sukulentów. A potem zeszliśmy z rowerów… pod ziemię. Jaskinie Cango — ogromne sale wypełnione stalaktytami i stalagmitami — były idealnym kontrastem do upału na zewnątrz: chłód, cisza i skala formacji, która robi wrażenie na każdym.
Po wyjściu na powierzchnię wróciliśmy na trasę u podnóża gór w kierunku Calitzdorp — w profilu dnia 68 km, ponad 1000 m przewyższeń i najwyższy punkt ok. 870 m n.p.m. Długie podjazdy, szybkie zjazdy i ta charakterystyczna dla Małego Karoo przestrzeń, która potrafi zmęczyć i zachwycić jednocześnie. Po około 70 km spotkaliśmy się z vanem i przez pustynne krajobrazy dojechaliśmy do Montagu, miasteczka pełnego pięknych domów w stylu Cape Dutch. To był dzień, w którym doświadczyliśmy Afryki nad ziemią i pod nią.
Tego dnia Afryka Południowa pokazała się w swojej „pocztówkowej” wersji: winnice po horyzont, ciepłe światło i przestrzeń, którą trudno opisać bez uśmiechu. Z Montagu szybko złapaliśmy rytm — po krótkim rozkręceniu dłuższy, równy podjazd, a potem to, na co czekaliśmy: przejazd wąwozem Kogmanns i szeroko otwierająca się dolina rzeki Breede. Droga prowadziła jak po sznurku, a po obu stronach mijały nas gładkie szeregi winorośli i stare farmy.
Oczywiście znalazła się też chwila na degustację lokalnych specjałów. Meta w winiarskim Robertson idealnie domknęła dzień — zmęczenie jest, ale jeszcze mocniejsze jest poczucie, że jedziemy przez miejsca, które zostają w głowie na długo.
Zaczęliśmy nietypowo: kilkanaście kilometrów podwózki vanem i dopiero potem rowery. Zanim dotarliśmy do celu dnia, zahaczyliśmy o absolutny hit tej wyprawy — winnicę Stettyn… czyli Szczecin. Odkryliśmy to miejsce kiedyś zupełnie przypadkiem, uciekając przed ulewą podczas wyprawy szosowej; tym razem wróciliśmy już celowo. Winnicę założyli na początku XVIII wieku dwaj emigranci z ówczesnego Stettina — polski akcent na końcu Afryki, i to jaki!
Potem czekało nas danie główne: podjazd na przełęcz Franschhoek. Ostatnie kilometry miały już wyraźny charakter — średnio 9–11%, miejscami znacznie ostrzej — a na górze widoki, które robią w głowie „pauzę” (najwyższy punkt dnia to ok. 734 m n.p.m.). Zjazd wprowadził nas prosto do bajkowego, pocztówkowego Franschhoek, a wieczorem van przerzucił nas na nocleg do Stellenbosch. Góry, winnice i kawał historii w jednym dniu — RPA nie zwalnia tempa.
Po przerwie wróciliśmy nad ocean — tym razem Atlantycki. Po krótkim porannym transferze wskoczyliśmy na rowery i ruszyliśmy Szlakiem Wielorybów w stronę Hermanus. Niby jedzie się „przy samej wodzie”, a jednak noga pracuje cały czas, bo trasa jest pięknie pofalowana. Od pierwszych kilometrów zaczęło się to, co lubimy najbardziej: góry wpadające w ocean, zakręty, zatoczki i widoki, przy których hamuje się tylko po to, żeby powiedzieć kolejne „aaa…” i „ooo…”. Był też moment, który zapamiętaliśmy w łydkach — krótki, konkretny podjazd z nachyleniem dobijającym do 10%.
Na lunch zatrzymaliśmy się w okolicach Betty’s Bay — i tak, były pingwiny! Kolonia pingwinów afrykańskich w rezerwacie Stony Point to jedno z tych miejsc, gdzie można stanąć metr od natury i patrzeć, jak te małe torpedy dreptają po skałach i znikają w falach. Po drodze pozował nam też góralek przylądkowy. A potem już konsekwentnie Hermanus — miasteczko, które naprawdę ma w sobie magnes: ocean, klify, spacerowe ścieżki i klimat, którego żal zostawiać kolejnego ranka.
Po tylu dniach w siodle zrobiliśmy małą przerwę od kręcenia kilometrów. Rano zanurzyliśmy się w zieleni Ogrodu Botanicznego Kirstenbosch, a potem przez zacieniony wąwóz ruszyliśmy pieszo na szczyt Góry Stołowej. Trasa wymagająca — pot, drabinki i zmęczenie — ale nagroda na górze absolutnie bezcenna: panorama Kapsztadu i świadomość, jak daleko ta wyprawa nas zaprowadziła. Zjazd kolejką linową był chwilą oddechu, a spokojny spacer nad oceanem domknął ten dzień wyciszenia i ładowania baterii przed wielkim finałem.
Ostatni etap. Ten, na który czekaliśmy od pierwszego dnia. Start z Kapsztadu — z lewej Góra Stołowa i Lion’s Head, z prawej bezkres oceanu. Piękne Camps Bay, Hout Bay, góry spadające wprost do wody, surferzy na falach i foki wygrzewające się przy brzegu. Łatwo jednak nie było: wiatr wiejący od strony Przylądka przypominał, że na sam koniec wyprawy trzeba jeszcze zostawić trochę sił i charakteru. Każdy kilometr był małą walką, ale i coraz większą radością, bo cel był już blisko.
Najpierw, na krótką chwilę, Cape Point — a potem ON: Przylądek Dobrej Nadziei. Emocje, uśmiechy, uściski, pamiątkowe zdjęcia i ta chwila ciszy w głowie: udało się. Być może była też lampka czegoś musującego, bo marzenia trzeba celebrować. To był koniec trasy, ale na pewno nie koniec wspomnień.
RPA ma wszystko, za co kochamy rowerowe wyprawy: dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, drogi przez krajobrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie, winnice z historią (czasem zaskakująco polską), dwa oceany i metę w miejscu, które od wieków rozpala wyobraźnię żeglarzy i podróżników. To była nasza druga rowerowa wizyta w Kraju Przylądkowym — relację z pierwszej, szosowej eksploracji z 2024 roku przeczytasz tutaj.
Chcesz stanąć z rowerem na końcu Afryki? Zapoznaj się z ofertą wyprawy Afryka Południowa | Przylądek Dobrej Nadziei.